THE FERAL TREES – s/t (Antena Krzyku)

Wśród polskich wykonawców pokutuje przekonanie, że słowo “sukces” musi koniecznie oznaczać napinkę, mnóstwo wydanej na promocję kasy a na koniec nagranie płyty w zagranicznym studio, koniecznie z “ficzuringiem” jakiegoś trzecioligowego muzyka “stamtąd”. A jeśli już komuś uda się dobić do drzwi mitycznej Ameryki – znaczy, wygrał życie. Choć najczęściej jest to zwycięstwo zwyczajnie bardzo sowicie opłacone. Sytuacja, że owa Ameryka przyjeżdża do polskich muzyków, mieszkających np. w Puławach, zdarza się bardzo rzadko. Przykład The Feral Trees pokazuje, że rzadko nie oznacza wcale…

Mamy zatem nieco bajkową sytuację. Grają sobie w Puławach muzycy w zespole Hidden Wolrd. Dobrym zespole, żeby było jasne. Grają, koncertują, a na drugiej półkuli żyje pani Moriah Woods. Żyje i też pogrywa. W końcu mało istotne w kontekście tej recenzji losy rzucają Amerykankę do dalekiej Polski, gdzie w Puławach spotyka muzyków rzeczonego zespołu. I tak, od słowa do słowa, postanawiają razem stworzyć kawałek wspólnej historii. Na początek nagrywają jeden kawałek – „Take It to the Grave” i kręcą do tego klimatyczny, leśny teledysk. Moriah wyjeżdża do Ameryki, wydaje się, że epizod został zakończony, jednak życie dopisuje do tego fajny finał. Moriah wraca do Puław, wspólnie nagrywają płytę i wszyscy padają na kolana. Normalnie – happy end godny Czerwonego Kapturka. Żeby jednak owa historia była, pełna potrzebna jest jeszcze muzyka. A konkretnie osiem kawałków, które łażą za mną i nie chcą się odczepić.

The Feral Trees bandMuzyczna propozycja The Feral Tress opiera się na prostej zasadzie  – pozwólmy eksplodować piosenkom. Bo tu liczy się melodia, chwytające za ryj harmonie i świetne, lekko refleksyjne teksty. Najważniejsze, że nikt tu nikogo nie chce przegadać. Nie ma opcji „songwriterka plus towarzyszący muzycy”, choć  Dawid (bębny), Grzegorz (gitara) i Mariusz (bas) znają swoje miejsce i mając przecież łapy nawykłe do ciężkich brzmień, akompaniują Moriah z wyczuciem i lekkością, o które bym ich nie posądził. Same kompozycje, wyrastają z folkowej tradycji i wpisują się w miejski indie rock, bazujący na fajnym, narracyjnym klimacie. A to oznacza, że dostajemy leniwe, hipnotyzujące utwory, które ciągną się przyjemnie, bez napinki i ścisłego trzymania się jakiejś obranej konwencji. Najważniejsza jest Moriah, jej banjo i głos. Słyszę tu np. Suzanne Vega, ale bardziej zaskakuje mnie podobieństwo brzmieniowe do Dolores O’Riordan. W każdym razie nie ma obawy o to, że złośliwi z natury dziennikarze zarzucą Moriah zły, angielski akcent. Muzycy weszli w kompozycje bezbłędnie, tworząc urokliwy, momentami nieco mroczny, cave’owski klimat, a jednocześnie jest tu sporo świetnych, radiowych melodii. Urzekło mnie też to, że w odróżnieniu od niektórych wykonawców, nie zaniedbali końcówki płyty, gdzie często  – gęsto wsadza się kawałki po prostu gorsze. A tu, po znanym z eteru i internetu kawałku „Take It To The Grave” następują dwie pieśni, które robią na mnie chyba największe wrażenie. Bo jest startujący od motorycznej, nowofalowej sekcji „Old Growth”, przechodzący w „Dead Lies”, czyli siedem minut zajebistego, psychodelicznego transu, który jak dla mnie mógłby ciągnąć się jeszcze bardzo długo. A to nie wszystko, bo w pierwszej części płyty są przebojowe „The Traveler” czy równie dobry „The Desert” z pięknie kładzioną dynamiką, powodującą, że te przecież mocno zakorzenione w balladzie utwory nabierają rumieńców, energii i trafiają prosto w mózg. A do tego jeszcze świetna oprawa graficzna i antenowe wydanie płyty. Nic dodać…

The Feral Trees stworzyli dzieło, które może a nawet powinno nieco namieszać na krajowej scenie, bo połączenie przebojowości z niesamowitą, tajemniczą aurą wyszło im znakomicie. Przyznam się bez bicia – nie sądziłem, że ta kolaboracja zakończy się aż tak dobrze. Dawałem im może jeszcze czas na zrobienie jednego oprócz „Take It…” kawałka i tyle. A tu okazuje się, że zaiskrzyło i poszło. Zresztą, więksi ode mnie zauważyli zespół, przez co w momencie, kiedy płyty nie było jeszcze na rynku, posypały się zaproszenia na najważniejsze wydarzenia festiwalowe roku. Pozostaje życzyć wszystkiego dobrego i czekać, co się jeszcze wydarzy. Zdecydowanie jedna z najmocniejszych pozycji w tegorocznym panteonie płytowym.

Arek Lerch