TENEBRIS – Alpha Orionis (Audio Cave)

Jakie cechy decydują o tym, że płyta danego zespołu jest wydarzeniem? Każdy dziennikarz znajdzie swój zestaw. Pewnie bardziej lub mniej obiektywny. W przypadku Tenebris takich cech zebrać można całą masę. Poprzestańmy na jednej – „Alpha Orionis” jest pierwszym materiałem łodzian od 99 roku. Bo wtedy zarejestrowany został krążek „Leavings of Distortion Soul” wydany dopiero w 2009. A może wystarczy stwierdzenie, że mamy do czynienia z muzyką jeśli nie nowatorską, to przynajmniej ponadczasową?

Nowy materiał jest płytą w pełnym tego słowa znaczeniu – nie ma tu wznowień starych materiałów, upchanych jako bonus czy na nowo zarejestrowanych kawałków sprzed lat. Po prostu Tenebris ad 2013, grający nowy, w pełni autorski program.  Zespół niczego jednak nie ułatwia, podając słuchaczowi muzykę w postaci tematów (utworów?), połączonych w jedną, czterdziestosześciominutową suitę, co z założenia wyklucza słuchanie płyty w odcinkach. Sugestia, by traktować materiał jako pewną całość, opowieść, jest już frapująca, bo choć to pomysł może nie nowatorski, to jednak znając niekonwencjonalność Tenebris, można spodziewać się czegoś wyjątkowego. I tak jest. Osobiście płyty słuchałem jednym tchem, bez przerwy i dopiero kolejne z nią sesje zaczęły ujawniać pokłady pomysłów a wraz z nimi pytania. Jedno z nich padło zresztą podczas wywiadu – czy zespół chciał tworzyć swego rodzaju kalejdoskop muzyczny, mierząc się z wszystkimi chyba odmianami muzyki rozrywkowej? No, może poza popem… Grupa utożsamiana jest głównie ze sceną metalową i spieszę donieść – brutalnych riffów jest tu co niemiara, choć chyba nikt nie spodziewał się, że będzie łatwo. Szymon podkreślał, że współpracuje z muzykami, którzy czują jego pomysły; ja od siebie dodam, że również z prawdziwymi wirtuozami swoich instrumentów, bo pełno tu znakomitych, ocierających się niemal o jazz rock pTenebrisartii, cała gama aranżacyjnych kruczków, które nie zawsze można od razu wyłapać. Owo delektowanie się złożonością „Alpha Orionis” jest dla mnie najistotniejszym elementem konsumpcji płyty. Sposób aranżowania partii instrumentalnych przywodzi na myśl rozwiązania wykonawców z kręgu rocka progresywnego, szczególnie przestrzenne pasaże gitar znalazłyby uznanie u mistrzów gatunku. Kiedy trzeba, pojawia się brutalny, masywny riff, jednak nawet w tych momentach bliżej Tenebris do Kobonga niż Morbid Angel (okolice 9 minuty…). Mistrzowskim zabiegiem jest stosowanie  fragmentów space rockowych, charakterystycznych, „kosmicznych” wyciszeń, które niczym klamry spajają poszczególne, często bardzo odległe poszukiwania. Co ciekawe, mimo bardzo często drastycznie przeciwstawnych inspiracji, płyta brzmi niesamowicie spójnie – nie ma żadnych dysonansów, poszczególne tematy są ze sobą bardzo naturalnie powiązane, wypływają z siebie, jeszcze bardziej potęgując wrażenie skończoności materiału. Istotnym elementem, który taki stan rzeczy współtworzy jest też wokal Szymona. Mało krzyku, mnóstwo doskonałego śpiewu, lekko mrocznego (w 19 minucie kojarzy mi się jako żywo z Peterem Murphy…), miejscami wręcz szamańskiego w tych swoich hipnotyzujących, zapętlonych zawodzeniach. W takim kontekście słuchanie płyty jako zbioru li tylko zwykłych utworów jest lekką herezją, dlatego w swoich opisach pomijam formalne indeksy/tytuły, skupiając się na konkretnych momentach, na tym, co czuję.

„Alpha Orionis” to album, który wymaga od nas uwagi. A co za tym idzie – poświęcenia czegoś, czego mamy tak mało, czyli czasu. Pewnie z myślą o tych zabieganych fanach, płyta, oprócz standardowej wersji plastikowej, dostępna jest też w formie wysokiej jakości mp3, dzięki czemu możemy jej słuchać na… telefonie (…czy ja to napisałem?!). Ale czy w autobusie damy radę odlecieć w kosmos, to już inna kwestia. Tenebris w każdym razie przynosi ów kosmos prosto w nasze ręce i przy odrobinie wysiłku możemy poczuć się niczym uczestnicy Odysei Kosmicznej. Co będzie dalej, nie wiadomo…

 Arek Lerch