TATVAMASI – Haldur Bildur (Audio Cave)

Od dawna toczy się dyskusja o tym, czy bardziej intrygująca jest muzyka, której nie da się do końca określić, czy ta, która wpada gładko do konkretnej szufladki. Każda z tych opcji ma swoją argumentację, jednak w rzeczywistości wolimy jednak to, co łatwiej skatalogować. Dla wygody, spokoju i komfortu. Czyli, wiem czego słucham. Dlatego najnowsza płyta Tatvamasi może wzbudzić lekką konsternację, szczególnie wśród słuchaczy, którzy pierwszy raz z tym kolektywem się zetknęli.

Zacznijmy zatem od formalności. Trzon lubelskiego zespołu to czterech wytrawnych muzyków – gitarzysta Grzegorz Lesiak, saksofonista Tomasz Piątek oraz sekcja – basista Łukasz Downar i perkusista Krzysztof Redas. Zespół ma na koncie pięć płyt łącznie z najnowszą, zaś na potrzeby dwóch ostatnich skład został rozszerzony o trębacza Jana Michalca oraz sekcję smyczkową: Anna Witkowska-Piątek (skrzypce) i Małgorzata Pietroń (wiolonczela). W dobie minimalizmu taki skład imponuje, choć też troszkę przeraża, bo opanowanie takiej gromady i nadanie odpowiedniego kierunku wymaga nie lada wysiłku. W Tatvamasi nie ma z tym problemu, bo każdy zna swoje miejsce, idealnie współtworząc muzykę, która… i tu następuje zwrot, bo, nawiązując do wstępu, określenie stylu w jakim porusza się zespół, jest w zasadzie niemożliwe. Być może łatwiej zaznaczyć granice muzyczne, choć muzycy z gracją wyłamują się z każdego schematu, sięgając kapryśnie do różnych światów. Budują własny obrazek, który jest kolorowy i zwodniczy jednocześnie. Zanim jednak przejdę do sedna, muszę zrzucić z barków ciężar w postaci małego przytyku, otóż, nie podoba mi się brzmienie tej płyty, choć uzyskane było w profesjonalnej sali koncertowej. W każdym razie, nie pasuje do tych dźwięków i klimatu, to jednak jedyny chyba grymas z mojej strony podczas wielokrotnych przelotów z „Haldur Bildur”. No, może jeszcze okładka nie taka… dość.tatvamasi-2-photo-by-wojciech-pacewa-1776x1184

Trzonem tej płyty jest jazzowy a w zasadzie jazzrockowy puls generowany przez podstawowy, czteroosobowy skład. To właśnie kwartet wyznacza granice i kierunki w jakich porusza się muzyka. Błędem byłoby jednak traktowanie obudowy w postaci sekcji smyczkowej jako jedynie smaczku, dodatku, bo to właśnie panie nadają muzyce wymiaru kameralnego, nie zmieniając zasadniczo kierunku w jakim płynie całość. Te rumieńce są tu na tyle istotne, że dzięki nim płyta staje się wielowymiarowa i burzy jakiś tam obraz muzycznej improwizacji. Wypadałoby zatem nakreślić wspomniane granice. Zespół czerpie zarówno z fusion lat 70., zagląda nieśmiało na kontynent afrykański, nie boi się dotykać world music a nade wszystko uwielbia barkowy wręcz przepych. To właśnie girlandy dźwięków, w jakiejś nieokreślonej części uwalnianych przy pomocy improwizacji i bogactwo aranżacyjne podobają mi się najbardziej. Owszem, szanuję minimalizm, ale czasami – podobnie jak w przypadku odkrycia pt. Levitation Orchestra (wkrótce parę słów się pojawi…) – lubię taki przepych. Płyta składa się z czterech długich utworów, w których jest dużo miejsca na zabawy dźwiękiem i popisy solowe. Nie jest to może najmodniejszy aspekt twórczości zespołowej, ale jeśli ktoś wie, jak logicznie popuszczać cugle instrumentalistom, efekt może zachwycić. Boję się jednocześnie użycia w stosunku do „Haldur Bildur” słowa „progresywny”, bo to jest dla mnie ostatnio synonimem innego określenia – „zachowawczy”, a na opisywanej tu płycie muzyka jest tak soczysta, żywa i bezpretensjonalna, że wywołuje czystą radość. I rzecz najważniejsza – przy tej całej niejednoznaczności, płyta jest stosunkowo łatwa w odbiorze, chodzi za pierwszym razem, nie budząc oporu. W każdym razie, jako album „world&fusion”, spełnia jednocześnie funkcję podstawową, jaką jest rozrywka. Podobnie odbierałem jakiś czas temu genialny album Goat – „Commune”. Aha, w sumie nie odpowiedziałem na pytanie „Co gra zespół Tatvamasi”. Czy jest to aż tak ważne?

Arek Lerch

Zdjęcie: Wojciech Pacewa