SYNY – Sen (Latarnia Records)

Synoski sen – jak to on – przyniósł stłamszone odgłosy szumów zapomnianych ulic, siwych od papierosów klatek i recytowanych gdzieś po cichu wierszy. Był zamglony i niewyraźny, nie dało się ustawić ostrości. Dym wychodził z Antari M-10. Tu jest pilot, tu się naciska palcem, w pięć sekund macie kocioł na salce. Białasy, wykorzystując zamieszanie, skierowały się do bocznego wyjścia. Dym pozostał.

Kocioł był tak potężny, że zdołał zatrzeć granice między cytatem czy graniem konwencją a czymś jak najbardziej „własnym” i jak najbardziej realnym. O krążkach spójnych zwykło mówić się jako o materiałach malujących przed oczami pewien konkretny obraz – może i bogaty, szeroki, wielowarstwowy, zawsze jednak wtłoczony w jakieś ramy i przez nie ograniczony. „Sen” to ewenement, bo chociaż dawno nie słyszałem tak jednolitej płyty, nie sposób umiejscowić jej akcji w jednym miejscu. Owszem, więcej, niż na „Oriencie”, jest tutaj bloków, tych na wpół pastiszowych nawiązań do lat 90. w rapie, które to nawiązania przefiltrowane przez swoistą, synowską wrażliwość nabierają zupełnie nowych znaczeń. Na blokach opowieść się jednak nie kończy, a furtkę dla wersów w rodzaju „jesteśmy jak salamandry/ na drzewach czaimy się na twoje skarby” stanowi właśnie zamknięcie historii w formule snu, który – jak wiadomo – granic nie zna. Stąd też niby codziennością Synów jest jazda windą na siódme piętro, spoglądanie na zamglone miasto i moknięcie ze stylem w swoich bluzach kangurach, ale kiedy któryś zapragnie być salamandrą, to… mutuje. Syny ++

88 mutuje Piernikowskiego z klasą przynależną największym – zdarza się wręcz, że te produkcje wychodzą na pierwszy plan. Dużą ich siłą jest nieprzewidywalność, wymykająca się standardowej strukturze utworu. W tej sugestywności i wyrazistości podkładów tkwią echa „Grudy”, czyli ubiegłorocznej solówki producenta. Podczas, gdy „Orient” mamił klaustrofobiczną, mdławą i raczej jednorodną atmosferą, synoskie sny odznaczają się większym bogactwem wpływów – stojąc na fundamencie debiutu, zahaczają chociażby o darkwave czy dubowy pęd („Kiedyś byliśmy królami”). Flow Piernikowskiego jest natomiast – jak to ktoś ujął – bardziej obłe, i to odmienne podejście do zgłoskowania, inne umiejscowienie zwrotek na bicie przemawia do mnie mocniej, niż na debiucie. Ba, chwilami nadaje tym numerom pewnych cech przebojowości. Raper świetnie gra także ciszą, siłą sugestii – niektóre wyrazy trwają w zawieszeniu i nie wybrzmiewają ostatecznie wcale, a jednocześnie… słychać je bardzo wyraźnie. To płyta wyzbyta słabszych momentów; materiał przebojowych pół-hymnów („Bluzy Kangury”, „Z Białasami”) i bardziej zawiesistych numerów o nieco opresyjnym wydźwięku („S.O.S.”). Ten sen – przy całym swoim czarze – to nie jest nic wesołego. Nienazwane zło może obserwuje nas od dawna, a może jeszcze nie patrzy, ale kiedy otworzy ślepia, dobrze nie będzie. Pozostaje wierzyć wieszczowi:„nie martwcie się białasy, to tylko sen/ synoski sen, się obudzisz – nie będzie mnie”. Ten materiał – i Syny w ogóle – potrzebny był polskiej scenie jak powietrze, bo chociaż utalentowanych graczy nie brakuje, na podziale truskul/ nowomodne trapy traci różnorodność. Mało jest nazw, które prowokują i uciekają oczywistym odpowiedziom, stojąc gdzieś z boku. A może ponad?

Adam Gościniak

Zdjęcie: Sandra Szmigiel