SWANS – The Seer (Young God Records)

Jesteśmy bardzo muzykalnym narodem. Lubimy pieśni biesiadne (szczególnie „podlewane”) a nade wszystko programy, w których domorośli „artyści” chcą jednym skokiem stać się gwiazdami szołbiznesu. Codziennie jesteśmy bombardowani przekazem medialnym, który utwierdza w nas przekonanie, że artystą może być każdy. Najlepiej piękny, młody, wyszczekany i z dużym biustem. Latami wpajana wizja artysty powoduje, że jesteśmy bandą ślepych choć zadufanych w sobie, samorodnych krytyków, widzących tylko to, co przynosi srebrny ekran. I w taki, dość kuriozalny świat z wielkim hukiem wpada płyta „The Seer”. Siła tego pierdolnięcia jest zrozumiała tylko dla tych, którzy mają resztki zdrowego rozsądku i nie boją się przewartościować swoich poglądów. Na życie, Boga, kobiety i świat…

Bardzo trudno mi pisać o tej płycie. Płycie zespołu, który jest wartością samą w sobie, stoi z boku, choć dzisiaj, paradoksalnie jest dużo bardziej popularny niż w okresie świetności. A może to dzisiaj nadchodzi ta świetność, kto wie…

Trudno pisać o „The Seer”, bo nie można ustawić płyty w żadnym kontekście, zarówno historii samego zespołu jak i muzyki. Próbowałem porównać „The Seer” do płyt, które Swans nagrał w przeszłości i… nic. Nie da się. Dochodzę do wniosku, że to jedno z nielicznych dzieł w ostatnich dwóch dekadach muzyki, które nie ma precedensu. Michael Gira, obrażony na świat, nienawidzący głupków, których wokół pełno, niespełniony i cały czas dążący do jądra muzyki, tym razem przeszedł samego siebie. O ile „My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky” był tylko przymiarką, udaną, ale jednak, o tyle „The Seer” powstał już w momencie pełnej świadomości – czasów, w których przyszło nam żyć, możliwości zespołu i braku jakichkolwiek ciśnień ze strony wydawcy, biznesu czy słuchaczy. Uświadomiona niezależność? Gira nie lubi, kiedy ktoś dyktuje, co ma robić, dlatego płyta wygląda jak wygląda. Ponad 110 minutowy album to dzieło monumentalne, które, jak określił to sam zainteresowany, jest podsumowaniem 30 lat muzycznych poszukiwań. Wierzę mu bezdyskusyjnie.

W październiku 2010 roku, w recenzji poprzedniej płyty Swans, napisałem, że „reaktywacja (SWANS) chyba zawsze będzie postrzegana jako próba ożywienia dość sennego klimatu wokół osoby, która dwie dekady temu była symbolem wywrotowych idei i muzyki, niszczącej wszelkie konwenanse”. Dzisiaj, z perspektywy dwóch lat, mogę spokojnie odszczekać te słowa. Gira, cokolwiek neurotyczny i cokolwiek nieprzewidywalny,  prowadzi zespół z żelazną konsekwencją, czego efektem jest płyta, która na miano epokowego dzieła zasługuje bez dwóch zdań. „The Seer” to przede wszystkim triumf ducha nada materią – nie liczą się zasady, jest tylko dźwięk, nawet jeśli ma być drażniący i za długi – bo taki jest utwór tytułowy  – 32 minuty monumentu, wielkiej orkiestry, która gra na stypie po śmierci ziemi. Co ciekawe, mimo tak długiej formy, nie ma tu żadnych, indywidualnych wycieczek, słychać jedynie organiczny ZESPÓŁ. Grupa sprawnie prowadzi  szamańską pieśń aż do orgiastycznego szczytowania (okolice 12 minuty), będącego niczym innym jak apoteozą hałasu w najczystszej formie (jaką zespół z lubością prezentuje na koncertach). Zresztą, to nie jedyne miejsce, gdzie grupa sięga do skarbnicy noise i industrialu, bo w ”93 Ave. B Blues” ociera się wręcz o kakofonię, jeszcze bardziej docierając do korzeni („Filth”?).  Gira nie zapomina jednak, że na uznawanym za najlepszy krążek „Children of God” uzyskał największe napięcie na linii hałas – akustyczne pieśni, gdzie niemal gospelowym wdziękiem posługiwała się Jarboe. Tu także mamy takie smaczki – „The Wolf” to typowa dla Angels of Light („Other People”…), akustyczna forma, wydeklamowana akurat przez Girę. Zaskoczeniem jest za to dla niżej podpisanego pieśń „Songs for A Warrior” z wokalnym udziałem Karen O. Zawsze byłem zdania, że Yeah Yeah Yeahs to grupa zdobywająca sławę raczej tupetem a nie muzyką a rzeczona wokalistka potrafi się co najwyżej ubrać, zaś mikrofonu powinna używać… A tu proszę, niespodzianka – piękna, utrzymana w nieco cave’owskim stylu, melancholijna ballada, naprawdę doskonale zaśpiewana. Cóż, każdy może się mylić… Kolejne numery, które prowadzą swoje własne żywoty to rytualny „Avatar” z świetną grą sekcji rytmicznej, genialny „The Apostate”, hipnotyzujący narastającym, transowym werblowaniem i wreszcie „A Piece of the Sky” – rzecz, na którą wszyscy czekali – Jarboe na swoim miejscu!  Ambient, akustyka… „The World of Skin”?! Nie powiem, nie jest to mój ulubiony fragment płyty, może spodziewałem się po interpretacji Jarboe więcej? Warto dodać, że w tym numerze paluchy maczali goście z Akron/Family, zespołu, który swego czasu akompaniował Michaelowi pod szyldem Angels Of Light. Zdecydowanie lepiej Jarboe wypada w blues’owym „The Seer Returns”; może chodzi o to, że z tą stylistyką bardziej jej do twarzy? Ciekawy jest też utwór „Mother of the World” ze względu na zaskakujący, mocno rockowy charakter.  Pojawiają się tu „stare” sample, żywcem wyrwane z innej epoki…

Trudno mi w kilku słowach oddać rozmach, z jakim przygotowana została ta płyta. Jasne, że jest inna od dawnych dokonań Łabędzi. Jest inna od „My Father Will Guide Me up a Rope to the Sky”, jest trudna, bo poza kilkoma przystępnymi fragmentami zawiera całkiem sporo dźwięków na wpół improwizowanych, zapętlonych, które nie są wcale przyjemne. Chciałoby się powiedzieć, że te fragmenty brzmią jak znane z koncertów, rozwlekane często do irytującej długości improwizacje, które przy akompaniamencie huczących i brzęczących dzwonów rurowych doprowadzały do nerwowego rozstroju. I w tym miejscu należy odnieść się do pierwotnej idei, jaka towarzyszyła narodzinom Swans – przecież właśnie o wytrącenie z równowagi, ruszenie z posad znanego świata Michaelowi i kolegom chodziło! A że jest lepiej i bardziej świadomie zagrana, to wcale nie jest grzech prawda? Nie wiem, co wydarzy się do końca roku, ale nic i nikt „The Seer” nie przebije. Nie ma takiej możliwości.

Arek Lerch