STARA RZEKA – Zamknęły się oczy ziemi (Instant Classic)

Warszawa ma się czego bać. Dotychczas niekwestionowana stolica kultury, wszelkiej maści odjazdowców, wizjonerów i hochsztaplerów (tych ostatnich, niestety, przede wszystkim…) tak się zasklepiła w tym swoim „byciu najlepszejszym”, że nie zauważyła powstającego tuż obok ośrodka, wypluwającego od jakiegoś czasu najciekawsze płyty szeroko pojętej alternatywy czy awangardy. Mowa oczywiście o Bydgoszczy. Już teraz w obiegu krąży termin „Bydgoszcz sound” a ukoronowaniem każdej superprodukcji z tego miasta musi być – a jakże – udział Kuby Ziołka, który stał się symbolem dystyngowanej, choć nieprzewidywalnej, muzycznej wyobraźni. Ilości projektów tego pana nie zliczę, wiem za to, że w tym roku liczy się tylko Stara Rzeka.

Długo myślałem, czy podejść do tej płyty jak to uczynili koledzy po fachu, którzy w opiniach o „Zamknęły się oczy ziemi” wspinają się na umysłowe wyżyny równe najbardziej niezrozumiałym recenzjom Rafała Księżyka z okresu papierowego wydania Anteny Krzyku, ewentualnie tekstom z M/I. Skoro jestem proletariuszem, awangardy nie kumam, nie znam połowy tytułów wymienianych w kontekście Starej Rzeki, a jednocześnie mam obowiązek przekazać czytelnie swoje odczucia, rezygnuję z przeintelektualizowanej narracji, bo po prawdzie nowa – i ponoć ostatnia – płyta Starej Rzeki to rzecz w zasadzie… banalna. Tyle, że mało kto potrafi banał, prostotę ująć w formę dźwięków tak, by wydobyć z nich mistycyzm i tajemnicę. Na  świecie było/jest kilku takich magików. Bonham walił w bębny prosto jak drwal, a jednak było w tym coś magicznego, do tego stopnia, że o jego stylu pisano prace dyplomowe. Solówki Johna Frusciante opierały się na irytującym połączeniu góra dwóch dźwięków a zostawały w głowie na lata. Jest i Kuba, który gra proste akordy, wyciska z syntezatorów jakieś buczenia i szumy, ale kiedy wszystko to połączy, wychodzi mistyczna jesień na polskiej, słowiańskiej łące. Żaden tam Nowy Jork czy inny Londyn. Ciemny las, trawa i rosa, zaklęte w kilku a czasami kilkunastominutowe opusy, w których przegląda się nasza dusza, tęsknoty, chęć ucieczki z betonu.

W tym momencie uświadomiłem sobie, że jako przeciętny Polak, słuchający disko i żrący kotlety (sojowe bo sojowe, ale jednak…) zaczynam odlatywać, zapewne z braku możliwości prostszego opisania tego co dzieje się na nowej płycie kolegi (mogę tak Cię nazywać?) Ziołka. Zatem…Kuba Ziołek

Nie wiem, czy ktoś miał podobne odczucie, ale kiedy rozpakowałem nowy album Starej Rzeki, obejrzałem grafikę i skromne opisy, skojarzyłem to z ostatnimi produkcjami Swans. Dwie płyty, nieskończona ilość monumentalnej w gruncie rzeczy muzyki, ów mistycyzm i oszczędność, zarówno wizualna jak i dźwiękowa zrobiły swoje, dlatego też, niczym pies Pawłowa, od razu zacząłem w taki sposób reagować. Czyli – „Nie zbliżaj się do ognia”: Swans jak w mordę kopnął. I może właściwie jest to jedyny moment, w którym pozwoliłem sobie na chamskie porównanie. Pozostałych kompozycji w zasadzie do niczego nie mam zamiaru porównywać, może dlatego, żem bezradny, choć raczej ich otwarta formuła może prowokować dziesiątki skojarzeń, trafnych, ale i coraz bardziej głupawo nadętych. Podstawą jest tu w zasadzie coś w rodzaju prostej songwriterki, w płynny sposób łączącej akustyczny, folkowy kręgosłup z przenikającymi go elektronicznymi tłami – nazwijmy je dronami i ambientami. Na tej kombinacji opiera się cała płyta i choć już z założenia brzmi to potwornie nudno, to jednak potrafi ścisnąć za jaja. Choć słowo „nuda” w tym przypadku wcale nie jest czymś złym. Decydując się na tworzenie czegoś w rodzaju ciągu świadomości, Kuba z założenia znajdował się poza czasem, bo kontrolowanie minut byłoby dla tej muzyki zabójcze. Dzięki luźnemu podejściu skompilował dwie płyty po brzegi wypełnione swoistym mariażem tradycji i nowoczesności. Czasami egzystujących obok siebie, to znowu odważnie wchodzących w symbiotyczne układy. Podstawą jest akustyczna gitara, która osamotniona pozostaje jedynie w „Mitylenie” i „Melodii”, w pozostałych przypadkach koegzystuje z elektroniką. Te bardziej delikatne formy występują w „Małych świerkach”, „Starej rzece” czy „W sierpniową noc”, gdzie syntetyki (nie odważę się identyfikować użytego instrumentarium…) tworzą dyskretne tło. Czasami takie poszukiwania potrafią przybrać całkiem monumentalne formy. „Ogniste kazania B.B.” to pełna rozmachu, podniosła opowieść, pięknie łącząca akustyczne i elektryczne wątki, jednak osobiście stawiam na „W szopie, gdzie były oczy” – w moim odczuciu to centralny moment tej płyty; dziewiętnaście minut, świetnie stopniującego dynamikę odjazdu – wszystko startuje od delikatnych gitar, podbijanych dziwnie brzmiącymi piszczałkami, później stopniowo zalewane jest buczącą i szumiącą elektroniką. Można się utopić.

Płyta zdecydowanie dla muzycznych detektywów, co lubią tropić, iść za śladami, pławić się w niedomówieniach i poszukiwać prawdy. Ta ostatnia najprawdopodobniej gdzieś jest, ale trzeba ją wyłowić z tych ponad 90 minut. Co ciekawe, czasami odbieram płytę jako całość i tylko wtedy potrafię się nią zachwycić, innym razem jako luźny zbiór tematów, z których wybieram sobie soundtrack  danej chwili. Niewątpliwie Kuba Ziołek jest wizjonerem, który potrafi spojrzeć na muzykę, tradycję pod kątem brzmieniowym i plastycznym. To właśnie te elementy są moim zdaniem główną płaszczyzną działań, nie zaś klasycznie rozumiana kompozycja. Obojętnie, jak podejdziemy do „Zamknęły się oczy ziemi”, pozostanie ta płyta jednym z najważniejszych wydarzeń mijającego roku. I choć stwierdzam ten fakt, nadal nie jestem pewien, czy dobrze odczytałem intencje Starej Rzeki…

Arek Lerch

Zdjęcie: Kuba Leszko