SLOWDIVE – Slowdive (Dead Oceans)

Festiwal powrotów z niebytu ma swoje dobre i złe momenty. Złych jest zdecydowanie więcej, bo czasami odnoszę wrażenie, że tylko i wyłącznie pusty portfel oraz ssanie w żołądku są motorem działania podstarzałych artystów. Niestety, wokół nich jest zazwyczaj najwięcej szumu medialnego, który odwraca uwagę od tych wydarzeń, które zasługują na nasze uznanie. Takich jak nowa płyta reaktywowanej po wielu, wielu latach legendy shoegaze – Slowdive. To zdecydowanie jeden z bardziej sensownych powrotów na rynku muzycznym.

Slowdive to jeden z ważniejszych zespołów shoegaze’owych, który obok My Bloody Valentine doprowadził eteryczne granie Cocteau Twins na nowy poziom. Oczywiście, miał i on swoje momenty zachwiania, szczególnie, kiedy dokonał artystycznego fikołka w postaci „Pygmalion”, który, niestety, nie znalazł uznania wśród maniaków kłaniających się nisko „Souvlaki”, będącym czymś w rodzaju łagodniejszej odpowiedzi na „Loveless” czy „Psychocandy”. A skoro już The Jesus And Mary Chain pojawia się w tym miejscu, nie sposób nie pokusić się o stworzenie kontekstu. Mam wrażenie, że na tle „Damage&Joy”, „Slowdive” będzie świecił jeszcze bardziej, bo dołącza do niedużej w sumie puli płyt, które pokazują, że ich twórcy potrafią po długich latach niebytu odczytać siebie na nowo, wziąć oddech i nie zepsuć mozolnie budowanej legendy. W sumie Slowdive zagrał pokerowo: odczekał chude lata, nie dał się namówić na wcześniejszy powrót i dopiero teraz, kiedy sentymenty czy też może i autentyczna miłość do dawno zapomnianego dream popu zainfekowały alternatywną młódź, pojawił się na scenie. Tym razem bez zachcianek i eksperymentów. Po prostu wyciągnął wnioski z błędnych ruchów w połowie lat 90., precyzyjnie wracając do okolic roku 1993, na łono czystego shoegaze.Slowdive

Symboliczna w tym kontekście wydaje się już być okładka. Czarna, w odróżnieniu od białej koperty „Pygmalion”, mówi nam, że będzie odwrotnie. Żadnych prób wybadania wytrzymałości dawnych fanów i młodszych czeladników alternatywy. I w zasadzie to powinno wystarczyć – stara, dobra formuła nie rdzewieje a Slowdive zdają się być dzisiaj w lepszej formie niż przed laty. Może dlatego, że już niczego nie muszą poszukiwać ani nic nikomu udowadniać? Fakt, moment idealny; podobnie jak parę lat temu powrót Swans zmobilizował słuchaczy, by tłumnie stawiać się na koncertach dawnej gwiazdy industrialu, tak teraz podobnie dzieje się w przypadku Slowdive. Zastanawia mnie jedynie, dlaczego oni potrafili tak doskonale zagrać o najwyższą stawkę a wspomniana ekipa braci Reid, mając jeszcze więcej atutów w ręku, zwyczajnie swój powrót spartoliła. Inna sprawa, że TJAMC nigdy dobrze nie funkcjonował, choć trzeba przyznać, że nawet dobra płyta nie gwarantuje głośnego comebacku, że o Swervedriver (który powrócił w 2015 roku z płytą „I Was’nt Born to Lose You”) wspomnę. Wracając do „czarnego albumu” – to bardzo równy zestaw zwiewnych, świetnie zinstrumentowanych, deampopowych piosenek, opatrzonych charakterystycznymi wokalami (Rachel w niezłej formie…) i psychodeliczną, rozedrganą pajęczyną przepuszczonych przez milion efektów gitar (co ciekawe, Christian Savill, z którym miałem przyjemność rozmawiać, twierdzi, że wcale nie używa zbyt wielu efekciarskich zabawek…). Fajnie się tego słucha, nawet ostatni, nieco dramatyczny i przydługi „Falling Ashes” ma sens, jako zakończenie tej niezwykle udanej płyty. Slowdive dołącza tym samym do niedużej grupy zwycięzców, z Blur czy Suede na czele. Na co teraz czekamy? Oczywiście, na Ride…

Arek Lerch