SKTC – Herezje (Spook Records)

Być może narażę się licznej braci w tym kraju, ale uważam, że przynajmniej połowa kapel spod znaku hc nie powinna wychodzić ze swojej sali prób a najlepiej zamienić instrumenty na pióro i pisać wiersze. Bo słuchać się ich za bardzo nie da, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę podstawowe założenie sceny, mówiące, że grać może każdy. Lepiej albo gorzej. Gorzej, że ta druga opcja dominuje… Tym bardziej cieszą mnie takie płyty jak niedawna premiera Schizmy a teraz nowy krążek legendarnych weteranów ciężkiego bitu i brzemiennego w treści słowa – SKTC.

Zanim przejdę do samej muzyki, muszę zauważyć pewien fenomen, otóż tak się składa, że te starsze załogi, po podpisaniu „papierów” ze Spook Records, nagrywają – to oczywiście opinia niżej podpisanego – swoje najlepsze krążki w karierze. W 2008 roku był „For When Tomorrow Comes” 1125, w 2010 „Whatever It Takes Whatever It Wrecks” zmasakrował nasze uszy, teraz mamy „Herezje”. Ciekawe…

Czechowicki SKTC to ponad dwie dekady hałasu, zmian składów i kolejnych płyt. To wieloletnie doświadczenie, które ma moim zdaniem decydujące znaczenie w tworzeniu zaplecza intelektualnego ale także w hartowaniu woli muzyków. Dlatego, kiedy słucham kawałków z „Herezji” nie mam oporów z przyswajaniem kolejnych, gorzkich prawd, jakie sączą się z płyty. Ubrane w zaskakujące i plastyczne metafory teksty są prawdziwym motorem napędowym tego materiału, walą w splot słoneczny a jeśli weźmie się pod uwagę doświadczenie zespołu – nie można ich bagatelizować…

Muzycznie niby nic nowego, wręcz ma się wrażenie, że sporo tu odniesień do polskiej klasyki gatunku. Co ciekawe, mimo licznych nawiązań do metalu, szczególnie słyszalnych w sposobie gry gitarzysty, ta płyta jest rdzennie hardcore’owa. Chyba nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyjdzie do głowy, by nazwać „Herezje” krążkiem metalowym. To właśnie zasadnicza różnica między starymi wyjadaczami a młodymi adeptami hc. W przypadku SKTC niezależnie, jak zagrają, duch i charyzma muzyków zawsze będą kształtować kompozycje, nawet jeśli miejscami można je określić manem niemodnych.

Paradoksalnie, mimo powyższych zachwytów, w pierwszej kolejności zapamiętałem (ach, te moje ciągoty metalowe…) miażdżące i mocno thrash’owe „Życie Dokopie” i „Kropla Po Kropli” – te kawałki mają siłę T-34, mielą i miażdżą wszystko na swojej drodze. Idealne zespolenie ponurych tekstów i walcowatej jazdy budzi szacunek. Ale sporo tu też klasycznego hardcore’a. Tu wymienić należy „Zegar”, „Robotników” czy „Strzeż Nas Ode Złego”. Słyszę tu echa Dezerterowych poszukiwań („W Ogniu” czy „Nas Nie Ma”) a kiedy trzeba, SKTC pokazuje, że jest zespołem współczesnym („Heretyk” z dość ryzykownym, nu metalowym riffem w zwolnieniu…). Trafi się d – beat w „Rozmowie Ze Sobą” a na zakończenie grupa częstuje mnie ciekawie zaaranżowanym, wściekłym kawałkiem „Wolność To Syf”.

„Herezje” to samo życie, smród ulicy a nade wszystko – swąd naszego gnijącego zaścianka, naszych fobii i uprzedzeń do wszystkiego wokół. Dojrzały i buntowniczy punkt widzenia SKTC może kogoś śmieszyć, gwarantuję jednak, że będzie to śmiech nerwowy i nikt w twarz muzykom nie rzuci oskarżenia o tani koniunkturalizm. Oni przyjęli już na klaty wiele syfu, który teraz odreagowują. Z pożytkiem dla słuchaczy. Jeśli oczywiście ci ostatni nie boją się usłyszeć o sobie prawdy. Mało wesołej w dodatku…

Arek Lerch