SEMANTIK PUNK – abcdefghijklmnoprstuwxyz (Lado ABC/Narodowe Centrum Kultury)

Kiedy wyjdzie przeze mnie rozumienie yyy yyy występuje wobec nie na prze nie występuję wobec nie naprzeciw brak nie występuje”. Postarajcie się wsłuchać w brzmienie tych słów. A w zasadzie w ich rytmikę – poszarpaną, nieregularną, dziwną. Dadaistyczną. Wszystko jasne? Moja Adrenalina nie żyje, niech żyje semantik punk! Fani post – kobongowej awangardy, Neumy i kilku podobnych formacji muszą przygotować się na święto.

 

Kiedy w 2010 roku w klubie Hydrozagadka otrzymałem od grającej tam, Mojej Adrenaliny singiel z kawałkiem „Y Dopatrzenia”, cieszyłem się, że po powrocie Karola Ludewa z nauk w USA, wreszcie doczekamy się następcy świetnego krążka „Nie toleruje – bije”. Czas jednak mijał a o nowej muzyce zrobiło się głucho… Dlatego, kiedy dotarła do mnie informacja, że nieznana nikomu formacja semantik punk nagrywa debiutancki album w Los Angeles pod okiem Rossa Robinsona, wyczułem przyjemne wibracje. Nie chcę nazywać semantik punk inkarnacją tamtego zespołu, bo choć zgadza się i skład i  nieszablonowe podejście do dźwięków, jednak jest to nowa myśl, nowy początek, dlatego obędzie się bez porównań. Nie ma Adrenaliny, jest semantik. Kropka.

Co dostajemy na debiucie, ochrzczonym za pomocą polskiego alfabetu? Niecałe pół godziny hałasu doskonałego. Jeśli ktoś lubi połamane dźwięki, znajdzie tu coś dla siebie. Karol Ludew ma specyficzne podejście do rytmu – wybiera z niego puls, „zapominając” o metrum i akcentach. Dlatego policzenie tego, co gra jest w zasadzie niemożliwe. Kontrolowany, pozorny chaos wzmaga się gdy do niesymetrycznej rytmiki dodamy gitary Rafała. Zamiast podążać za perkusistą, tworzy własną przestrzeń, w której się zamyka, grając rzeczy równie dziwne co niezrozumiałe. Gdzie to wszystko się spotyka i jakim cudem tak się dzieje, pozostawiam do oceny słuchaczom. W każdym razie w wielu miejscach płyta jest odwzorowaniem idei chaosu idealnego. Trzeba się w tej muzyce zatracić a nie szukać na siłę rozwiązania. Zatraceniu pomaga wydatnie druga część płyty, składająca się z niemal półgodzinnego, gitarowego szumo – dronu. Ten komunikat nawet dla mnie pozostaje niejasny a próby przebicia się przez tę zasłonę nie podejmuję z obawy o to, gdzie mógłbym wylądować. Na to jeszcze nie jestem gotowy.  Semantik nie zadaje prostych pytań i tym bardziej nie udziela jakichkolwiek odpowiedzi. Paranoiczna przestrzeń pełna jest niedomówień, tak samo jak w dadaistycznych tekstach, które podobnie jak muzyka eksplorują możliwości rytmiki i meandry znaczeniowe języka polskiego, wprowadzając do obiegu nowe zbitki słowne. Chaotyczne układy liter i wyrazów zdają się nie mieć sensu. Jeśli dodamy do tego tekst utworu tytułowego, odniesiemy wrażenie, że to coś w rodzaju zabawy w odczytanie na nowo możliwości języka. Naiwne z pozoru recytowanie alfabetu stanowi – dla mnie – próbę ujęcia w najprostszy z możliwych sposobów tego, co czuje się, poznając potęgę słowa. Można myśleć też o burzeniu typowych związków frazeologicznych i tworzeniu z nich nowego przekazu werbalnego – „Unik skuteczny po otwarciu oczu unik  po wydarciu w twardym dziecięcym stylu który wyobraża sobie tyle że aż tyle że nie zgubić tego nie zgubię tego ja”. Może chodzi też o swoiste wpadanie w hipnotyczny trans, bo tak również działają te słowa, podbite przez zakręcony, maniakalnie potykający się o kolejne akcenty dźwięk?

Semantik punk niczego nie chce nam ułatwić. Nie chce dać gotowych rozwiązań na tacy. Chce przekazać coś ważnego, ale mam wrażenie, że introwertyczny charakter muzyków nie pozwala im się w 100% otworzyć. Boją się, dlatego  ukryci za fasadą odpychających, ocierających się o matematyczny noise dźwięków, wypatrują podobnych im, emocjonalnie zamkniętych pobratymców, którzy zrozumieją to wołanie na pustyni.

„abcdef…” to jedna z najważniejszych, polskich płyt, wywodząca się w prostej linii z dokonań Antigamy („Zeroland”) czy Neumy („Weather”). Obawiam się, że problemem zespołu będzie jednak niezrozumienie, prowokujące posądzenia o niepotrzebne zagęszczenie instrumentalnej awangardy. Fakt, radia raczej nie zawojują, wielki jednak szacunek za brak typowego, komercyjnego myślenia o sztuce. Zespół posiada coś, co nazwałbym muzyczną arogancją  – cecha ta potrzebna jest, by tworzyć rzeczy wymykające się ocenie. Krytycy pewnie będą wypowiadać się o tej muzyce bardzo ostrożnie i już to będzie dla mnie sukcesem semantik punk. Jazz XXI wieku w natarciu. Kolejny przyczółek zdobyty. Bo, jak wiadomo, świat należy do odważnych arogantów a nie sumiennych rzemieślników.

Arek Lerch