SAVAGES – Adore Life (Matador/Sonic Records)

Nie lubią, gdy mówić o nich „girl band z Anglii”. Proszą ludzi o nie robienie zdjęć na koncertach i wyłączenie telefonów. Traktują się bardzo poważnie, do tego stopnia, że zanim rozpoczęły próby z instrumentami, przez rok gadały o tym, jak ma wyglądać ich muzyka i co chcą przekazać. Dobrze wyglądają, są zadziorne, mają świetną prasę i na razie płyną na fali. Żeński kwartet Savages znajduje się w ciekawym momencie kariery – po świetnie przyjętym albumie „Silence Yourself”, czas na sprawdzian formy i pomysłów. „Adore Life” nie zmienia zasadniczo tego wizerunku. Co najwyżej nieco go poleruje.

Polubiłem Savages za bardzo finezyjne wyważenie kobiecości i post punkowej dekadencji. Mimo, że dokładnie przemyślany (wymyślony?) wizerunek sugeruje premedytację i zerowy spontan, w praktyce – przynajmniej na razie – wszystko żre. Także same dźwięki mogą być odbierane bardzo różnie – bo w zasadzie dostajemy powtórkę tego, co w zamierzchłych czasach produkowały grupy post punkowe, nowofalowe, czy nawet i gotyckie. Słowem, nic oryginalnego, ale… No właśnie, jest coś, co powoduje, że muzyki Savages słucha się z zapartym tchem. Dziewczyny – nawet jeśli się do tego nie przyznają – dokładnie przejrzały płytoteki swoich starych (zakładając, że stateczni rodziciele mieli w płytotekach trochę wywrotowego stuffu sprzed lat…), wyciągnęły z nich wszystko co najlepsze i skleciły z tego własne piosenki. Słuchasz i od razu wiesz, o co biega, dlaczego ten czy inny motyw dobija się do drzwi pamięci. Przede wszystkim Savages, nawet jeśli bawią się w repetycje, potrafią zbudować z tych klocków coś własnego, za spoiwo mając talent do tworzenia fajnego, kuszącego dekadencją i smutkiem klimatu. Odnoszę wręcz wrażenie, że celowo tonują buntowniczą naturę, energię chowając gdzieś na drugi plan. Może miejscami robi się wisielczo, bo i tematyka nie jest specjalnie optymistyczna, pewnie faceci już dawno daliby upust wściekłości, ale nie – one pozostają zdystansowane. Smutne. Choć przewrotnie otwierają album piosenką, wręcz zapraszającą do środka. Answer to obsesja, na swój sposób przebojowa, łącząca dynamiczną rockową grę instrumentów z intensywną, nerwową narracją wokalną. I dbałością o prostotę. Tego im nie można odmówić – przy całej masie pomysłów potrafią dawkować je zadziwiająco oszczędnie. Savages band

Paradoksalnie, początek płyty nie zwiastuje specjalnych frykasów; ok, „Answer” wciąga, potem jest nowofalowy „Evil” i „Sad Person” z dynamicznym aranżem i basem, od razu przywodzącym na myśl Crime And The City Solution. Też staroć. Bramą do drugiej, wewnętrznej części płyty jest kolejny singiel – „Adore”. Zrozumiałem intencje zespołu po obejrzeniu teledysku – obdarty z rytmicznej dosłowności, gotycki smrodek zyskuje, kiedy zwrócimy uwagę na interpretację wokalną, w obrazku świetnie podkreśloną mimiką Jehnny Beth i świetnym, ekstatycznym finałem. Obsesyjne to w cholerę i włażące za skórę. Potem jest coraz ciekawiej. „Slowing Down The World” fajnie łączy zwiewny, lekko bauhausowski, chłodny powiew z „pijaną”, zawodzącą gitarą i wreszcie zespół odkrywa wszystkie karty – cztery następne utwory to esencja płyty. Od początku wiadomo, że dziewczyny szacunkiem darzą wielkich buntowników tego biznesu, dlatego dziwię się, że tak długo zwlekały i dopiero w szóstym kawałku się otwierają – „I need something new”, śpiewa Beth, choć muzycznie cofamy się gdzieś do 83 roku, kiedy The Birthday Party przeżywali swój dekadencki sen. Wreszcie są drażniące, chore dźwięki; trzeba przyznać, że Gemma Thompson odrobiła lekcje i jej gitarowe wycieczki potrafią zranić. „When In Love” pokazuje, że wystarczy prosta aranżacja, pozwalająca skoncentrować się na detalach – znowu robotę robi bas, wkrada się szczypta potrzebnego chaosu. Zaskoczenie? Np. „Surrender”. Startuje niczym chrzęszczące, syntetyczne gotyk – disco, by po drodze zmienić się w nowofalowy, motoryczny pochód. A te neurotyczne zmiany w „T.I.W.Y.G” to mistrzostwo – post punkowe pokrzykiwanie nagle przekształca się w balladkę, by w końcu zaatakować rasowym noisem. Jeszcze tylko „Mechanics” z zimnym, klawiszowo – wokalnym duetem i zaczynamy od nowa. Zastanawiam się, jak wielką rolę odegrali w przypadku „Adore Life” producenci, bo zakładam, że ktoś z zewnątrz musiał okiełznać te panny – nie chce mi się wierzyć, że tak rozemocjonowana muzyka i nerw pozwoliły dziewczynom zachować zimną krew. Czy tak było, czy może faktycznie są diabelsko wyrafinowane, nie wiem. Ważne, że nie przesadziły, uprościły piosenki, skupiając się na samym konkrecie. Wykorzystały całą masę pomysłów z przeszłości, krzyżując to z oczywistym chyba, wyspiarskim klimatem. I choć wiem, że głównym zarzutem wobec tej płyty będzie hasło „to wszystko już było!!„, i tak słucham jej za każdym razem z dużą przyjemnością. Prawda jest taka, że są jakimś nowym, świeżym tchnieniem na alternatywnej scenie. Może na krótki moment, może niedługo zgasną, ale co mi tam…

„Adore Life” to świetna choć przewidywalna płyta. Używając fotograficznej metafory – o ile „Silence Yourself” to udane zdjęcie, zrobione smartfonem, o tyle opisywane tu dzieło jest artystyczną, czarno – białą fotografią wykonaną przez uznanego w branży fotografa.

Arek Lerch