RISE AND FALL – Faith (Deathwish)

Najnowsza płyta belgijskiej bandy to kliniczny dowód na to, że punk – jakkolwiek oddalony od korzeni i zniewolony licznymi romansami – nadal potrafi zagotować krew i poruszyć umysł. W takim kontekście tytuł czwartego krążka R&F jest nie tylko prowokacją, ale także stwierdzeniem faktu.

 

Czego oczekujemy od muzyki  punkowej? Na pewno nie tylko zabawy, choć ta jest niezwykle istotnym elementem ruchu. Nie tylko mądrych słów, głosu niezgody na zastaną rzeczywistość. Takie status quo punk rocka ciągle potrafi porwać kolejne pokolenia. Jednocześnie nie zauważyć ewolucji punka jako gatunku to przyznać się, że czarne jest białe a białe czarne. Ta oczywista oczywistość potrzebna mi jest do tego, by jakoś wyrazić moje względem „Faith” uczucia. Bo o ile często spotykam punkowe płyty, których, mimo tego, że gatunkowi zawdzięczam samoświadomość, słuchać nie jestem w stanie, to Rise And Fall, przy całym swoim rozpasaniu stylistycznym, pozostaje dla mnie idealnym zespołem z tej niszy. Dlaczego?

Pomijając postawę, etykę, idee i  uliczny look, najważniejsza jest w tym przypadku muzyka, która swoją agresją i częścią temp, stosowanych przez zespół, idealnie trafia w gusta h/c młodzieży. To jednak tylko szkielet, bo już analizując strukturę riffów, brzmienie i sposób gry, widać, że typowe, punkowe, niechlujne granie „na wydechu” R&F zostawili daleko za sobą. Co nie znaczy, że obcy jest im luz i umiejętność bezpośredniego ataku. Popatrzmy na „Hidden Hands” – przecież to apoteoza gatunku – wściekły atak basu na początek a potem szybko, krótko i na temat, bez zbędnych ozdobników. Znają się? Oczywiście! Takich konkretnych uderzeń, szczególnie w pierwszej części płyty, jest jeszcze kilka, np. „Deceiver”, który na prostym szkielecie świetnie eksponuje programowy, ale dokładnie kontrolowany, gitarowy brud, gdzieś tam dotykający niemal Kennedys’owego schizowania. Rise And Fall pokazują swoją, street’ową  naturę, łączą się w bólu z kolejnym straconym pokoleniem, ale wiedzą też, że dzisiaj to nie wystarczy. Dlatego na płycie, wśród masy rozpędzonych, punkowych narwańców, co i rusz trafiamy na świadectwa nie tyle muzycznej erudycji, bo przecież w prostocie też można ją zawrzeć, co na brak jakichkolwiek zahamowań. Przykład? Czystej wody noise rock w „Breathe” gdzie ojcem chrzestnym skrzeczącej gitary jest Steve Albini i jego Shellac. Belgom nieobca jest tez maniera dark punka po linii Trap Them, ale kiedy trzeba, potrafią zwolnić i wpuścić powietrze do swojej muzyki – „Things Are Different Now” z niemal post rockową, niespieszną narracją jest tu najlepszym przykładem. Na przeciwnym biegunie sadowi się „konwerdżowy”  łomot „Burning At Both Ends” – nerwowo, szybko, brudno, bez odpuszczenia. A na koniec grupa serwuje najdłuższy, niemal  siedmiominutowy „Faith/Fate”, który jest już pełnym zstąpieniem do Hadesu – wolny, mroczny, neurotyczny odjazd z gitarowym zgrzytem, który zamyka album niemal dwuminutowym sprzęgiem.

Rise And Fall udało się stworzyć płytę zróżnicowaną, ale niezwykle spójną, przemyślaną, ale jak najbardziej spontaniczną, niechlujną, choć zagraną ze znawstwem  i dużą precyzją. To trudna sztuka, wymagająca przede wszystkim – co może zaskoczyć – SZCZEROŚCI. W każdym wymiarze. Słucham „Faith”  i nie mam wątpliwości, że członkowie zespołu to przede wszystkim prawdziwe punki i ta postawa determinuje wszystkie ich działania. A jednocześnie to świadomi, obyci muzycy,  którzy wiedzą co i jak chcą grać. Dlatego uważam, że „Faith” może stać się ambasadorem nadal nie-pogodzonego ze światem, świadomego przeszłości, ale też dziejącego „tu i teraz” punk rocka. W tym przypadku nowa płyta Belgów nobilituje gatunek, który różne koleje losu przechodził i dokłada swoją działkę do budowania autentyczności i siły tej muzyki i ruchu.

Arek Lerch