RAFAŁ GORZYCKI ENSEMBLE TUNING – s/t (Audio Cave)

Docieranie do granicy. Tak powinna brzmieć definicja  najnowszej produkcji niezwykle płodnego i nienasyconego perkusisty Rafała Gorzyckiego. Choć wtłaczanie go tylko w ciasne ramy sztuki perkusyjnej byłoby krzywdzące. Gorzycki – aranżer, kompozytor i szef kolejnych projektów daje się poznać jako muzyk wszechstronny a nade wszystko bardzo kreatywny. Ensemble Tuning to kolejny odcinek po płycie „Playing”, w którym Gorzycki wykorzystuje możliwości składu trzyosobowego.

Tym razem obok Rafała mamy nie byle jakie postaci. Kuby Ziołka przedstawiać naszym czytelnikom chyba nie trzeba, podobnie jest z flecistą Tomaszem Pawlickim, obsługującym dodatkowo – podobnie zresztą jak Kuba – elektroniczne zabawki. W zasadzie już dorobek tych trzech panów mówi po części z czym będziemy mieli do czynienia. Owszem, po „Syriuszu” Gorzyckiego, gdzie samotnie zmagał się z klawiaturami i swoim potencjałem kompozytorskim, zahaczając o muzykę eksperymentalną, tym razem mamy powrót do bardziej standardowo rozumianej improwizacji z wykorzystaniem perkusji, jednak trudno mówić w przypadku Ensemble Tuning o tradycyjnej formie muzycznej. To kolejna próba dotarcia do jądra ilustracyjnej muzyki improwizowanej. Z tym, że w przypadku tej płyty, nacisk kładłbym na ilustrację właśnie. W dodatku bardzo sugestywną. ET zalicza się do nurtu eksplorującego brzmienie instrumentów, stawiając je przed ich właściwościami melodycznymi czy rytmicznymi. Trio Gorzyckiego rozbiera dźwięk, przygląda się plastyce brzmienia instrumentów i na tej bazie rozpoczyna swoje niespieszne, ilustratorskie improwizacje.TE

Momentami propozycja ET brzmi niczym trzygłowy taper, przygrywający do jakiegoś japońskiego filmu o samurajach – słuchając „Dux” widzę oczyma wyobraźni, wypadającego z bambusowego domku ninja, szlachtującego po cichu wszystkich wokoło. Sugestywność muzycznej propozycji tria robi niesamowite wrażenie. Największy strzał przygotowali na samym początku, bo „Parakuła” i „Trzej panowie Sz” to mistrzostwo świata w temacie improwizacji, bazującej na niespiesznie rezonujących instrumentach. Piekielnie precyzyjne użycie perkusjonaliów szczególnie w tym pierwszym utworze robią wrażenie. Nieszablonowe podziały i oszczędność są zaskakujące, szczególnie w kontekście bogatych faktur kładzionych przez Pawlickiego. Mam zresztą wrażenie, że to właśnie flecista jest tu muzykiem, który dźwiga na swoich barkach obowiązek dialogu ze słuchaczem, zaś Gorzycki i Ziołek zadowalają się drugim planem, choć życzyłbym sobie więcej płyt z takimi właśnie dalszymi planami. Podstawą płyty jest trans, medytacja i niepokój, jaki towarzyszy każdej kompozycji. Psychodeliczny „Alfabet Morse’a” kusi zwiewnymi plamami elektroniki i świetnym, „szczotkowanym” werblem, „Suchary” stanowią pomost między improwizacją a muzyką współczesną, podobnie zresztą jest w „Łączniku”, gdzie wyraźnie słychać echa pracy nad płytą „Syriusz” Gorzyckiego a jeśli w „Jakby wstrząśnienie” nikt nie usłyszy powinowactwa z Lotto, znaczy, że jestem głuchy i czas na emeryturę. Jest w tym odrobina groteski („W poszukiwaniu łącznika”), jest fajne interpretowanie modnych dronów („Modi 6”, „Jakby wstrząśnienie”), przede wszystkim jest w tym próba nowego odczytania improwizacji jako muzycznego budulca. Sposób składania strzępów brzmień, metodologia rytmu jako spoiwa, tworzącego jednak zupełnie odrębne historie to już akademia muzyczna.Rafał Gorzycki

Płyta – czego nie ma co ukrywać – trudna, raczej dla koneserów współczesnej opierającej się o awangardę alternatywy, wymagająca wysiłku, ale, co mnie bardzo cieszy – do wielorazowego użytku i zrozumienie tego co chcą nam panowie powiedzieć, staje się ekstatycznym olśnieniem. I takim może nieco zbyt emocjonalnym zdaniem kończę, polecając każdemu, kto ma ochotę na długie seanse z fascynującą sztuką dźwiękową.

Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum/Dariusz Bareya