PSYCHOCUKIER – Diamenty (Nowe Nagrania)

Współczesna, migająca milionem kolorów, upadająca cywilizacja osiągnęła na pewno jeden cel. Mianowicie jesteśmy tak bardzo przesyceni informacjami i wyskakującą z każdej strony sensacją, że mało co przykuwa naszą uwagę. Dlatego współczuję zespołowi, który wykonując rockową – teoretycznie rebeliancką – sztukę, chce kogoś nią zainteresować. Marne szanse. Codziennie widzę na półkach setki płyt, których autorzy, nawet jeśli szumnie odtrąbiają sukces, po cichu liczą, że ich dzieło nigdy nie spadnie do działu „wyprzedaż”. Co i tak ich czeka. Pewnie dlatego stąpający mocno po ziemi Psychocukier nie liczy na banany w środku zimy. Bierze sprawy w swoje ręce, w dupie mając konwenanse odpierdala niezłą imprezę. I w realu i na płycie. Czy to taniec na zgliszczach? Kto wie. Najważniejsze, że z poranionymi stopami, ale wciąż podryguję…

W wywiadzie zespół zaprzecza, jakoby był bezczelnym typem. Może i nie jest. A może jest sprytnym skurwysynkiem, który chce nam sprzedać trefne dragi i zaprosić do burdelu? Kiedyś już się tak czułem. Dokładnie w dniu pierwszego kontaktu z płytą „Urojone Całe Miasta” Apteki. Lekko skrępowany, zastanawiałem się, o co w tym, kurde, chodzi? I wiecie co – do dzisiaj wspomniana płyta potrafi mnie trzepnąć. Przytaczam ten epizod, ponieważ „Diamenty” są na dobrej drodze, żeby miotać wątłym ciałem mym w podobny sposób.

Konkluzja pierwsza. „Diamenty” nie są fajne. Trudno wykroić z nich kawałek singlowy. Muzycy zapominają o piosenkowej konwencji, zadając długie, ciągnące się tematy, które brzmią momentami niczym improwizacje na sali prób. Jeśli już trafi się fajny wątek melodyczny, wkurwiają teksty – czasami fajne metafory, to znowu dziwne bredzenie, które drażni i przeszkadza. Uups, czyżby dzięki temu słowa zwracały na siebie uwagę?! Punkt dla łodzian. Duży udział w tym zamieszaniu ma producePsychocukiernt, wywodzący się z hip-hopowego podwórka – Noon, który potraktował muzykę Psychocukra z dużą dozą świeżości. Brzmi to wszystko jak szorstki zapis z próby, są nawet gadki między kawałkami, ot, luźna atmosfera męskiego spotkania przy instrumentach. Co także może być różnie odbierane. W każdym razie – jeśli szukacie piosenek, ballad i romantyzmu, raczej omijajcie płytę. Nie jest najlepsza, bo… jest za dobra. Dla was.

Konkluzja druga. „Diamenty” nie są na czasie. Wiecie, kiedy zrozumiałem o co chodzi w „Diamentach”? Kiedy wróciłem na moment do „Dni Wiatru” Ścianki. Najlepsze jest to, że sam nie wiem dlaczego. Może chodzi o niepokój. I tamta i ta płyta takowy wzbudzają, nie pozwalają skupić się na czymś innym. Przestałem słuchać „Diamentów” w samochodzie, bo złapałem się na tym, że zapominam o patrzeniu na boki. Trans? Być może. Głęboki stan katatoniczny. Waląca po ryju sekcja rytmiczna, wysunięta do przodu. Inspiracje sięgające Hendrixa („Tonę w jeziorach”, „Czas”), luźny klimat narkotycznego jamu potęgowany przez produkcję, w której gitara, choć momentami przegięta brzmieniowo, nie zapycha aranżu, miejscami znikając z pierwszego planu. Rock w wydaniu Psychocukra miejscami cofa się w okolice ponurej siermięgi The Stooges, sprowadzając kompozycję do archetypicznych, pojedynczych i topornych dźwięków. Zespół potrafi wykrzesać z siebie fajne motywy (chociażby gitarowe zagrywki w środkowej części „Zło niesie wiatr”), zazwyczaj jednak szkicuje swoje pomysły, sugerując, że ich rozwinięcie może nastąpić w innych okolicznościach, chociażby na koncertach. Pojawia się nowofalowa zima („Dom”), jest wreszcie aptekarska psychodelia („Ty”, „Laguna”), zresztą, ekipę Kodyma słychać i w innych miejscach, choćby w świetnym „Żeglarzu”. Wszystko odbywa się miarowo, dręcząco, hipnotycznie. Ulicznie. Piwnicznie. Psychocukier nie jest typem kolesia, z którym chcielibyśmy udać się po 22 do podejrzanej knajpy, bo trudno przewidzieć finał takiej eskapady. Nie wiadomo, gdzie się obudzimy i z kim w łóżku…

Konkluzja trzecia. „Diamenty” wykopują rock z salonów. Tak, chwytają go za polakierowane włosy, kopią w dupę odzianą w modne, wąskie gacie, ciągną za lansiarskie ciuchy i wpierdzielają wprost do rynsztoka, dokładnie tam, gdzie się narodził i gdzie powinien wrócić. Nieokrzesany braciszek G.Wolf i Superhalo rozbija się po mieście i budzi strach. Jeśli przyjąć, że pewne grupy, znane z popularnych programów bądź sylwestrowych balów mają czelność mianować się „rockowymi”, Psychocukier jest takim zapijaczonym lumpem, który wie o życiu dokładnie wszystko. A to „wszystko” wcale nie musi się nam spodobać.

Konkluzja ostatnia. „Diamenty” nie pozwalają o sobie zapomnieć. Dokładnie tak. Dawno nie spotkałem płyty, z którą nie mogę się rozstać.

Arek Lerch