PSYCHOCUKIER – Antypody Umysłu (Nowe Nagrania)

Czy to taniec na zgliszczach? Kto wie. Najważniejsze, że z poranionymi stopami, ale wciąż podryguję… – tak pisałem przy okazji recenzji płyty „Diamenty“. Dzisiaj już wiem, że taniec na zgliszczach odbywa się dopiero na „Antypodach Umysłu“. Psychocukier obnażony, pozbawiony złudzeń, obdarty z blichtru oczekiwań muzycznego biznesu. Czy możemy uznać, że „Antypody Umysłu” to szczere na niego splunięcie czy raczej kolejny krok w stronę autokreacji? Stawiam raczej na to pierwsze…

Ta recenzja będzie wyznaniem zmęczonego człowieka. Przyznaję się do tego, że rockowa – w szerokim rozumieniu – scena mierzi mnie, oferując jedynie podróbki, klisze i plagiaty. Owszem, czasami fajne, dobrze przygotowane, ale nie wywołujące dyskomfortu przeradzającego się w dłuższą fascynację. Szukanie w tym śmietniku czegoś dobrego jest trochę bez sensu. Piszę to, bo „Antypody Umysłu” obnażają ten stan rzeczy, oferując kopniak w ryj poprzedzony solidnym splunięciem. Zamiast spiętych pretendentów do rockowego panteonu mamy do czynienia z muzykantami, którzy zrozumieli, że wyścigi nie mają sensu a nagrywanie najlepszej nawet płyty spowoduje co najwyżej, że ktoś o nich łaskawie wspomni w rocznych podsumowaniach. I tyle. Boeninga 747 z napisem „Psychocukier” nie będzie. Nie będzie wielkiej kasy, pozostanie frustracja z jednej strony, z drugiej przekonanie, że tylko wypięcie się na ten biznes ma jakiś sens. Do tego wniosku dochodzę po zaskakującej książce „Psychonauci” (Kosmos Kosmos) napisanej przez Piotra Napresa. Ta swoista biografia została dołączona do nowej płyty, pewnie jako rekompensata bardzo ubogiego wydania krążka i wiecie co – to był strzał w dziesiątkę. W zasadzie zespół powinien zalecać przeczytanie tej krótkiej w sumie opowiastki jeszcze przed lekturą muzyki, bo to pozwoli zrozumieć mentalno – dźwiękową wizytówkę Psychocukrzyków AD 2018.Psychonauci okładka

Ta opowieść – lub jak matematycy twierdzą – opowiadanie, była moją drogą odnalezienia sensu rozjebywania się na cząstki pierwsze i zalewania smutków hektolitrami alkoholu, siedzenia pośród niezrozumianych ludzi, milczących i pijanych. Piszę, gdyż głęboko czuję, że muszę. Afirmuję naszą, wspólną, najwyższą wolność – wolność do skazywania się na porażkę i na jej odczuwanie… – pozwoliłem sobie zacytować jeden z końcowych fragmentów książki, bo doskonale puentuje jej sens. Puentuje sam zespół. W zasadzie słowo „biografia” nie pasuje do „Psychonautów” – to faktycznie droga przez usłane szkłem sale prób, frustracje i próby zrozumienia tego świata, głównie w oparach narkotyków i alkoholu, swoiście (hmmm…) traktowanej płci żeńskiej i ciągłych pytań  sens tego co się robi. To degrengolada, tak autora jak i samego zespołu, który najwyraźniej na obecnym etapie znalazł się w stanie nirwany – powiedział wszystkim „spierdalajcie” i wyraził to na „Antypodach umysłu”. Bogatszy o przemyślenia Napresa odnośnie tego co można robić albo i nie na sali prób, słucham płyty już bez zdziwienia. A może nawet zażenowania. Bo przedstawia zespół obnażony, pozbawiony złudzeń co do możliwości zaistnienia w tym biznesie. Po prostu są. Wchodzą do sali i grają, rozmawiają, klną, przewracają puste butelki po wódce. Są rubaszni, ale w taki tragiczny sposób. Utwory poprzetykane wulgarnymi skitami brzmią tak, jakby ktoś przez przypadek nagrał próbę zespołu. Właśnie dlatego autentyzm tej muzyki jest porażający. Brzmi to momentami jak szkice, pierwotne wersje, będące spontanicznym wykwitem pomysłów. Pieprzyć dopracowane, wyszlifowane do wyrzygania piosenki. Prawda tkwi w zaplutej dziurze, gdzie ćwiczą Psychocukrzycy. Do takiego stanu trzeba dojrzeć. cukrzycy

Zachowajmy się jednak choć przez moment jak profesjonaliści. Co zatem mamy na „Antypodach”? Przede wszystkim, totalny brak hamulców, przez co rozstrzał muzyczny jest bardzo duży. Zresztą, mam wrażenie, że czasami i muzycy zachowują się tak, jakby sami byli lekko zdziwieni tym co grają, dlatego np. „Świt”, bardzo ładny, okraszony fortepianem, melodyjny temat, kończą nagłym, hałaśliwym rozpierdolem. Jest improwizowana, nieco stonerowa „Fuga” i świetny, indie/trójmiejski temat „Horyzont”. Zespół najwyraźniej chce uwolnić się od jakichkolwiek porównań z tzw. rubasznym rock’n’rollem; sięga w tym celu po psychodeliczny trip-hop („Klin”), a jeśli już musi być rockowy, to robi krok w stronę pijacko rozchwianej nowej fali („Sad&Pretty”). Nie przeszkadza im to w zapodaniu melodyjnego tematu w stylu „muchowym” – zastanawiam się jedynie, czy „Daj mi serce” nie jest li tylko lekką kpiną. Nie zabrakło też skojarzeń z aptekarskim sznytem, z tym, że „7” po psycho-psycho lociku skręca wyraźnie w stronę dekonstrukcyjnych zapędów Sonic Youth. Jeszcze tylko mały, acz sugestywny popis perkusisty Marcina Awierianowa w „Północy” i pół godziny z psychonautami właśnie się kończy.Band

Zastanawiam się czy nie mamy do czynienia z jednym z najważniejszych, rockowych (jednak…) wydawnictw ostatnich lat. W sensie symbolicznym, czy może nawet socjologicznym, bo możemy oglądać niemłodych ludzi, pozbawionych naiwnej rubaszności, która każe tabunom muzyków udawać luzaków, „bawiących się” tak dobrze jak chociażby Zeppelini w najlepszych latach, tyle, że zamiast rekinów w pokojach hotelowych jest piwko pite na mecie u kolegi, po koncercie zagranym dla 50 osób. Wiem, że to smutna wizja, może nawet przerysowana, tyle, że… prawdziwa. Potem następuje powrót do jęczącej żony, wrzeszczącego bachora i szefa, który opierdala, bo delikwent po „koncertowym weekendzie” , jest w poniedziałkowy poranek średnio przytomny. Realizm, czy może tragizm sytuacji Psychocukrzyków jest jednak w jakimś sensie ożywczy. Wprawdzie nie miałem możliwości oczyścić się tak dosłownie jak Piotr Napres, który starał się przeżyć w towarzystwie zespołu, ale lektura zapisu owych perypetii, w zderzeniu z muzyką daje namiastkę takiej rzeczywistości. Wchodźcie w cukrzykowy świat dokładnie w tej kolejności.

Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu