PRÓCHNO – Próchno (Gusstaff Records)

Czasami zamiast spozierać wysoko, wystarczy wleźć w podziemne labirynty, by wydobyć z nich coś autentycznie fascynującego. Spróchniałego, rzekłbym wręcz, nawiązując do nazwy omawianego tu ansamblu, który wydaje właśnie via Gusstaff Records swoje debiutanckie dzieło. Ok, być może pewne wątki z płyty są mi bliskie, czyli znane, ale na takim poletku (ugorze?) czuję się jak w domu.

Chcąc w jednym zdaniu opowiedzieć o Próchnie, mógłbym podsumować temat tak: „już nie musimy czekać na nowe Lotto”. Oczywiście, na Lotto czekam tak czy siak, ale faktycznie, tropy tych dwóch świetnych zespołów w pewnych miejscach się przecinają (jeśli ktoś po lekturze „Na stacjach i torach” nie złapie tego „kolejowego” pulsu VV, to chyba jest głuchy…), punktem wspólnym jest trans i gitarowe szumy. Na tym porównania się kończą. Bo Próchno to Próchno i zrobiłbym im krzywdę, traktując li jedynie jako kalkę, którą chłopaki zdecydowanie nie są. Różnice zamykają się w kwestiach brzmienia, klimatu i inspiracji. P band

Ten pierwszy aspekt jest zasadniczy. Muzyka Próchna jest szorstka, skąpana w brudzie, który momentami zahacza o rejony post punkowe czy wręcz industrialne (świetny „Z kosą przez las” z rewelacyjnym patentem na zmianę klimatu w piątej minucie), „przewalone” brzmienie perkusji z początku drażni, potem okazuje się być integralną częścią koncepcji. Zespół ze znawstwem bawi się ambientowymi plamami („1908”), chropawymi drone’ami („Chmury), wpada w niemal rytualne rozedrganie, głównie jest zaś opętany transem, jako klamrą, spinającą muzykę, że o „Kamieniach” wspomnę, bo znajdujemy tu podobny do ekipy Rychlickiego pomysł na ożenienie świdrujących drone’ów z miarową pracą bębnów. A jeśli mówimy o klimacie – sprawę załatwia „Chodź, no chodź”, który to numer w genialny sposób nawiązuje do niepokojącej okładki, zabierając nas w jakieś dziwne, ponure ostępy, gdzie możemy się co najwyżej pokaleczyć wystającymi z każdej strony dźwiękowymi gałęziami. Słucham tego numeru i wręcz zaczynam się nerwowo rozglądać na boki. „Próchno” to płyta, do której trzeba dojrzeć, albo która dojrzewa w naszym mózgu, jak wolicie. Trochę się dostrajałem, dzisiaj mogę już z powodzeniem powiedzieć, że album jest jednym z ciekawszych post noise’owych, transowych wydarzeń pierwszej połowy tego roku. Nawet jeśli jest to wydarzenie dla garstki wybranych. Polecam.

Arek Lerch