PIOTR SCHMIDT QUARTET – Tribute to Tomasz Stańko (SJ Records)

O tym, że po śmierci Tomasza Stańko pojawi się „tribut” dla tego artysty, byłem przekonany. Obawiałem się jednak czegoś w rodzaju tradycyjnej dla takich wydawnictw próby ponownego zagrania muzyki, której lepiej zagrać się nie da. Dlatego też podszedłem do tego materiału z lekkim dystansem, okazuje się jednak, że mamy do czynienia z płytą roku w temacie europejskiego jazzu. Nie wiem jedynie którego roku, bo materiał ukazał się pod sam koniec 2018. 

Nie ukrywam, że to dla mnie trudny temat. Tomasza Stańko szanuję i w jakimś sensie podziwiam, boję się używać mocniejszych słów, bo też i zrozumienie drogi mistrza trąbki będzie trwało do końca moich dni. Jazzowy cat stworzył własny kanon, nagrał mnóstwo GENIALNYCH płyt, które pozostaną z nami jako niesamowite podróże w głąb dźwięku, harmonii i rytmu. Nie przeszkadza mi to, że w ostatnich osiemnastu latach nagrywał raczej rzeczy stonowane, bliższe balladzie niż agresywnej, improwizowanej narracji. Każda płyta była i pozostanie dla mnie wydarzeniem. Dlatego, no właśnie – krążek kwartetu Piotra Schmidta jest dla mnie zaskoczeniem. Po pierwsze – bo to tribut bardzo oryginalny – zespół po prostu nagrał swoją muzykę (z kilkoma wyjątkami np. znany temat Krzysztofa Komedy – „Rosemary’s Baby”), dedykując ją zmarłemu niedawno mistrzowi. Piotr Schmidt, muzyk, aranżer i wykładowca, uznawany za jednego z najlepszych młodych trębaczy, nie ukrywa swojego podziwu dla Stańki – nagrał płytę, o wydanie której powinien był zabiegać Manfred Eicher, szef wytwórni ECM.Piotr Schmidt Quartet - Tribute To Tomasz Stanko, Gliwice (1)

Dla znających temat, wszystko jest chyba jasne. „Tribute To Tomasz Stańko” kroczy ścieżką wytyczoną przez „Soul of Things”, „Suspended Night”, „Lontano” czy „Dark Eyes”. Przyznam, że jestem zaskoczony, bo momentami mam wrażenie, że obcuję z jakimiś nieznanymi wcześniej nagraniami pana Tomasza. Muzyka jest tak dystyngowana, delikatnie napięta i bazująca na niesamowicie smakowitym brzmieniu, że faktycznie, mógłbym zaryzykować twierdzenie, że oto mistrz doczekał się godnego następcy. Słychać, że Schmidt dokładnie studiował kompozycje Stańki, ale po uważnym wsłuchaniu się w niniejszą płytę, można odkryć jej indywidualizm, chociażby w prowadzeniu sekcji rytmicznej (sposób budowania niektórych partii perkusyjnych kojarzyć się może z Jackiem Buhlem) i pewnych rozwiązań aranżacyjnych. Płyta kładzie się na słuchaczu cieniem klimatu, czasami całkiem mrocznego, wprowadza w niezłą hipnozę a przede wszystkim, podobnie jak w przypadku mistrza, jest labiryntem dźwięków i kolorów, który możemy przejść wielokrotnie, za każdym razem odkrywając nowe pokłady wrażliwości. Jest to też przykład na żywotność klasycznej formuły jazzu, odświeżonej brzmieniowo, mającej jednak u podstaw poszanowanie dla tradycji. Polecam jako świetną, wielowymiarową podróż na długie, zimowe wieczory.

Arek Lerch