PINKISH BLACK – Razed To The Ground (Century Media)

Największą szkodę w wizerunku grup używających tzw. parapetów wyrządziły bandy z kręgów metalowego gotyku. Obraz smutnej pani czy pana, wyciskającego z klawiatury pokraczne w swojej prostocie, smutne akordy brzmiące niczym marsz pijanego akordeonisty, szczególnie gdzieś na początku minionej dekady potrafił okrutnie zniesmaczyć. „Razed To The Ground” jest, na szczęście, kolejnym krokiem w kierunku – potrzebnej bądź nie – gloryfikacji instrumentów przyciskanych, swój początek mającej jeszcze w dziwnych, choć fascynujących latach 80 – tych.

Pinkish Black to zwodniczy duet – klawiszowiec/wokalista i pałker. Skład z pewnego punktu widzenia niepełny i dziwny, okazuje się jednak, że muzycznie doskonale zrównoważony. Wieloletnie docieranie się muzyków (Jon Teague i Daron Beck spotkali się już w połowie lat 90 – tych) doprowadziło do ukonstytuowania stylu, w którym w ciekawy, raz bardziej, raz mniej oczywisty sposób stapiają się różne wpływy alternatywnej, żeby nie powiedzieć – awangardowej sztuki. Spieszę również donieść, że zgodnie z Waszymi odczuciami względem rzeczonego instrumentarium, rocka i metalu tu nie znajdziecie, choć płyta ma miejscami bardzo złośliwy i zaraźliwy, trujący wręcz charakter. Być może dzieje się tak za sprawą niesamowitego, dusznego i złowróżbnego klimatu unoszącego się nad muzyką, który wespół z konkretną – na szczęście – rytmiką działa jak drut kolczasty, przeciągany przez przewód pokarmowy. Jako zdeklarowany miłośnik bitów z ulgą donoszę, że rytmiczna strona „Razed…” została potraktowana po ludzku, czyli bębny brzmią jak bębny, nie ma studyjnej ingerencji i ten element dodaje dość odhumanizowanej sztuce fizycznego wymiaru.

Muzyczny kręgosłup Pinkish Black opiera się na doskonale zrównoważonej polaryzacji między transowym charakterem nagrań i niemal gotyckim, perwersyjnym klimatem generowanym przez zabawki Darona. Siedem nowych kompozycji pokazuje też, że muzycy bardzo dobrze przyswoili kanony zarówno rocka industrialnePinkish Blackgo jak i nowej fali, dodali do tej mikstury nieco współczesnego brudu i wyciągnęli z tych pozornie prostych pasaży sporą dawkę złości. Nie chodzi jednak o agresję, nokautującą w pierwszym podejściu, ale metodyczne drążenie jaźni, które z biegiem kolejnych utworów zaczyna działać niczym kropelki wody miarowo spadające na łeb nieszczęśnika.

Trzon płyty to – zdaniem piszącego – trzy numery. „Ashtray Eyes” zaskakuje niesamowitą aurą, kojarzącą się z rozmachem Pink Floyd, wolno przetaczającą syntezatorowy przybój. Szczytowanie płyta osiąga w siedmiominutowym „Bad Dreamer” – fortepianowe intro przeradza się w niesamowicie transowy numer, w którym zespół upodabnia się do wczesnego, zgrzytliwego oblicza SWANS, kopulującego z Alien Sex Fiend. Paranoiczna aura, mnóstwo smaczków, przewijających się w tle i świetnie warczący bas (z pudełka czy żywy?). Płytę kończy najdłuższy, jedenastominutowy „Loss of Feeling of Loss”, który jest już całą katedrą natchnienia, wzniosłych partii wokalnych (znowu skojarzenia z Michaelem Girą…) i świetnych, klawiszowych aranżacji. Między tymi numerami wcale nie jest gorzej; niemal industrialnie robi się za sprawą brutalnego ataku „Kites and Vultures”, nerwowo robi się w ładnie (tanecznie?) pulsującym „Rise”. Słuchając tych nagrań, złapałem się na zaskakującej konkluzji – skoro w 2010 roku do wieczności odszedł Alchemist, za sprawą opisywanej tu płyty znalazł całkiem godnego następcę. Ważne jest też, że mimo całkiem rozbieżnych inspiracji, całość brzmi spójnie, nie ma nerwowości a wszystkie aranżacyjne pomysły rozgrywane są z głową i bez specjalnego pośpiechu, a to już domena najlepszych.

„Razed To The Ground” w moim odczuciu jest swego rodzaju pomostem między post – industrialnymi, nafaszerowanymi elektroniką burzycielami porządku społecznego, punkowymi rebeliantami, szukającymi w hałasie ukojenia a psychodelicznymi wizjonerami z lat 70 – tych. Zanurzony w wszechobecnym transie, muzyczny szkielet pozwala na odbycie całkiem sensownej podróży do wnętrza ciemności, niezależnie, gdzie ta się kryje, choć najprawdopodobniej w naszej własnej głowie. Mógłbym skwitować album prostym stwierdzeniem – zajebisty, ale jestem kulturalny, dlatego anonsuję płytę jako kolejny na Violence album tygodnia.

Arek Lerch