PARADISE LOST – Medusa (Nuclear Blast)

Powroty do korzeni w wykonaniu starych wyg to temat wyeksploatowany i nudny. Wiadomo, są tacy, którym to wychodziło (Megadeth) lub ci gorsi – oni nawet odwołując się do starych zwyczajów, produkują miałkie rzeczy (Cradle of Filth). Paradise Lost należą do… obu tych grup. Krążki wydawane przez zespół w latach 2005-2012 są z jednej strony niezłe, aczkolwiek sztampowe i przewidywalne. Dwuletnia już „The Plague Within” ukazała fanom Paradise Lost bliski latom swoich szczytowych osiągnięć. A jak sprawa ma się z „Medusą”? Razem z Małgorzatą Gołębiewską (odpowiedzialną za biografię grupy „Raj dla cyników”) staraliśmy się znaleźć odpowiedź na to i parę innych pytań.

ŁB: Paradise Lost są na fali wznoszącej od… No właśnie: od kiedy?

MG: To zależy od osoby, która ich na tę pozycję wznosi. Na pewno „The Plague Within” odniósł spory sukces: komercyjny i – nazwijmy to – artystyczny. Z zaciekawieniem przeglądałam fora internetowe i opinie o tym krążku. Nagle okazało się, że co drugi metalowiec obgryzał paznokcie przy „Gothic” lub „Icon”. Było wielkie „WOW” naparadise_lost_orgone_studios_new_album_medusa_02_2017 wspomnianą płytę. Podjarka, że Brytole są na właściwym kursie i na właściwej ścieżce. Że wracają do korzeni, że Holmes znów growluje. U mnie był to tylko umiarkowany optymizm. Owszem, ta płyta wyszła w chwili, kiedy już prawie no hope na sight. Brzmiała naturalniej od poprzedniczek „wracających na metal”. Momentami faktycznie można było odnieść wrażenie, że chłopaki zatęsknili za swoją młodością. Mniej kalkulacji, więc radości grania. Jednak to ciągnie nie był Paradise Lost z pierwszej połowy lat 90. – jeśli mówimy o metalowym okresie. Dla mnie dopiero „Medusa” jest falą wznoszącą.

ŁB: „Medusa” z pewnością jest najbardziej radykalnym powrotem do korzeni w wykonaniu Brytyjczyków. Pytanie tylko, czy to w pełni naturalna ewolucja, czy raczej jazda na sprawdzonym rozwiązaniu i dlaczego to pierwsze?

MG: Paradise Lost od 2005 roku próbował wracać do metalu, do płyt, które wywindowały go na szczyt. Niestety, z różnym skutkiem. Najczęściej średnim. „PLX” było zbyt miękkie i rozlazłe, a „In Requiem” i „Faith Divides Us Death unites Us” to płyty schizofreniczne. Owszem, jest tam parę ciekawych riffów, ale muzycy sami je niszczą melodyjkami jak z zegarka lub archaicznym Casio. Mój kolega to trafnie określił: „New wave of Greg’s sad melodies”. Przy okazji Mackintosh stał się zakładnikiem swojego stylu. Tu jakaś solóweczka, żeby nikt nie zapomniał, kto gra, tu jakaś melodyjka. Więcej w tym było sztampy niż kolesia, który obrał sobie za motto: leaders not followers. Dlatego z tym większym zaskoczeniem przysłuchuję się „Medusie”. Że jak to, tak po prostu w ciągu dwóch lat można się ogarnąć? Ot tak przypomnieć sobie, że dawny, metalowy Paradise Lost budował kawałki z gitarowych plam, które ciągnęły się przez cały utwór, a nie z porwanych riffów, złożonych – czasem przypadkowo – w jeden numer? Wiesz, w pewnym sensie to jest jazda na sprawdzonym rozwiązaniu. Tym razem na serio. Bez naciąganych powrotów do muzycznego dzieciństwa. Bo Greg z „Medusy” faktycznie przypomina Grega choćby z „Icon”. Nie muszę szukać tych podobieństw na siłę. Trudno jednak mówić o bezczelnym jechaniu po sentymentach – nawet jeśli te sentyment będą się w starych zgredach budzić (a będą!). Płyta brzmi świeżo. Paradise Lost nie kopiują siebie, za to wyciągają swoje najmocniejsze karty i zapraszają na nową rozgrywkę. Ja w to rozdanie wchodzę.PL

ŁB: Dobrze, że trafnie to podsumowałaś. Wcześniejsze powroty Paradise Lost na matczyne łono z góry były obarczone pewną konsternacją u zagorzałych fanów. Niby jest metal, niby słychać, że to ci sami, którzy wykrzyczeli swe dusze na „Icon”, ale coś nie grało. Nawet „The Plague Within” w paru momentach pachniało graniem typu „wszystko mi się zgadza”, a nie zewem nowonarodzonej młodości. „Medusa” nie powiela tych błędów. Przepraszam bardzo, ale napompowane duchem Autopsy „Gods of Ancient” nie mogło być trickiem średnio zdecydowanego zespołu. Zwyczajnie nie mogło.

MG: Zacząłeś z grubej rury, ale, cholera, naprawdę tak to brzmi. Siara, smoła i gdzieś w tym wszystkim klimat „Lost Paradise”. Chris Reifert z uwagą by wysłuchał tego numeru. Sam przecież wydrapał parę riffów od dawnych kolegów z tej samej wytwórni. „Gods of Ancient” to potwór. Wiodący stonerowy riff, duszny klimat debiutu, melodyka „Icon”. Test na szalikowca. Nie wyobrażam sobie, by ten kawałek mógł rozczarować kogokolwiek, kto stawia ołtarzyk pierwszym czterem płytom Paradise Lost. Nie ma takiej opcji. A przecież to niejedyna przejażdżka po tym okresie…

ŁB: Kolejna z nich to „From the Gallows”, dzięki której już wiemy, jak zabrzmiałoby „Dead Emotion” nagrane przy dzisiejszych standardach produkcyjnych. Oprócz niej mamy jeszcze „No Passage for the Dead”. Każdy, kto spędził miłe chwile przy „Shades of God”, z miejsca zobaczy w tym utworze godnego syna Gregowej spuścizny A.D. 1992. Ale nie rozwikłaliśmy kolejnej ważnej kwestii: jak „Medusa” wychodzi w konfrontacji z albumami, które dały Paradise Lost sławę i status bogów?

MG: Greg wspominał, że we „From the Gallows” wykorzystał motyw z 1989 roku. I że w połowie to utwór współczesny, a w połowie bazujący na pomyśle z okresu podziemnego. Początkowo myślałam, że mamy do czynienia z kolejnymi baniulkami. Ale nie. Faktycznie, odtworzyli ten fragment w skali 1:1, tyle tylko, że dziś słuchamy profesjonalnie wyprodukowanej płyty, a nie bootlegu. Mowa o numerze granym na koncertach, roboczo nazwanym „Hallowed Ground”. Motoryczny riff pod „Dead Emotion” i gitarowa melodia tuż po nim pochodzą właśnie sprzed 28 lat. Oko puszczają jeszcze parę razy. W „Fearless sky” pada zwrot „True belief” na tle podkładu, który przypomina tego szlagiera. No i zawsze mam wrażenie, że w wolnym momencie „Unitl the Grave”, z płączącą gitarą w tle, Nick za moment wrzaśnie „denying our restlessness”. Wiedzą zatem, co dobre. Ale, czy „Medusa” wypadnie tak samo korzystanie, odsłuchana zaraz po „Shades of God” lub „Icon”? Poprzednie powroty do przeszłości tego nie wytrzymywały. Taka konfrontacja to był dla mnie test ostateczny. Nie robiłam go jeszcze z nową płytą. A może po prostu nie jest tym razem potrzebny, bo Northern Bastards w końcu faktycznie nagrali płytę godną siebie. W sumie „Medusa” mogłaby wyjść po „Icon”. Byłaby dobrym podsumowaniem czterech pierwszych płyt. No może gdyby nie „Blood and Chaos” i  tytułowy numer…

ŁB: „Blood and Chaos” to bardzo udane spojrzenie na dokonania Sisters of Mercy. Wiadomo – od tej zapijaczonej, prawdziwie metalowej strony. Utwór tytułowy jest z kolei jedynym punktem „Medusy”, który uwiera mój czuły aparat słuchowy. Nazbyt rzewny nastrój piosenki posadzony obok monotonnej szkoły riffowania i do przesady podniosłego głosu Holmesa nie pasuje do charakteru tej płyty. Mimo to, nie ganię. Jak stwierdziłaś na początku rozmowy, „The Plague Within” była prawdziwym skokiem, jeśli chodzi o popularność tej kapeli w XXI wieku. Prosto z mostu: co ma wodna kreatura, czego nie posiadła Plaga?

MG: Klimat starego Paradise Lost. Po prostu. Nie ogólnie doomowy, nie zajeżdżający Szwecją (jak np. „Terminal” z „Plag”), nie jakiś tam na modłę kogoś. O ile „No Hope of Sight” był nowym PL, puszczającym oko do fanów „Draconian Times”, o tyle tu mamy powrót cynicznych sukinsynów z pierwszej połowy lat 90. Wibracje, których dawno nie było w ich muzyce. Słuchasz gitary w „Gods of Ancient”, „From the Gallows”, czy „Until the Grave” i wiesz, że nikt inny tak nie zagra. Nie solówka, czy ciekawa melodia z łaski swojej, a robienie klimatu przez cały numer. „The Plague Within” jednak nie miała tej stylówy. Były tam fragmenty, które nie miały nic wspólnego z ICH korzeniami – wbrew tym wszystkim opiniom. Nie ma też Casio, efektów specjalnych, bo i tego też nie było na kultowych płytach (nawet na „Gothic” stanowiły epizod). Jest za to dużo muzyki do słuchania i odkrywania, bo to nie jest chyba album, który poznasz od razu, po pierwszym przesłuchaniu.

ŁB: Celne spostrzeżenie. „Medusa” to trudniejszy album od poprzedniczki. Może te strzały nie będą materiałem do nucenia po pierwszym odsłuchu, ale dana im szansa zostanie jedną z najlepszych w życiu. Fani „Draconian Times” pokręcą nosem, lecz ci, którzy konsumowali tanie wina przy „Lost Paradise”, znajdą tu wiele dla siebie.

MG: Może nie aż tak, ale…właśnie! Zauważyłeś, że na tym krążku tak naprawdę niewiele mamy nawiązań do „Draconian Times”, o ile w ogóle są? I to chyba klucz do „Medusy”. Wcześniejsze płyty powrotne nagrywali tak, jakby z tyłu głowy mieli te półtora miliona sprzedanych egzemplarzy. Weźmy „Living with Scars”. Świetny początek. Soczyste riffy, gitary prują aż miło. I nagle, wtem, zespół, który przed momentem brzmiał jak Gojira zmieszana z Celtic Frost, posypuję tę surową mieszankę cukrem. Bo trzeba pamiętać o różnych fanach. Chcemy pograć na sentymentach dawnych słuchaczy, ale byliśmy też na trasie z Nightiwsh. A poza tym „Draconian Times”. Nasza polisa na życie. Może faktycznie dorobili się kasy na „Plagach”. Na tyle, że teraz mogli zapomnieć (no prawie) o batonach, słodyczach i tego typu podarkach. I zamiast gadać o powrocie do korzeni, po prostu do nich wrócili. Nawet Holmes więcej growluje niż śpiewa. Co też może być twardym orzechem do zgryzienia dla fanów „Draconian Times” i łagodniejszego Paradise Lost.

ŁB: Pamiętajmy jednak, że „Host” nie jest tym łagodniejszym Paradise Lost. Bo ładunek przytłaczającej melancholii ma większy od któregokolwiek dzieła Brytyjczyków. Wspominam o tym nie bez powodu, licząc, że nawet fani elektronicznego wcielenia kapeli, zaprzyjaźnią się z „Medusą”. Bo „Medusa” może poparzyć, może wydać się niestrawna, ale to tak, jak z relacjami międzyludzkimi. Czasami wróg może zostać przyjacielem.Paradise_Lost_June_2017_promo (1)

MG: Dla mnie „Medusa” ma o więcej wspólnego z „Host” niż z wcześniejszymi płytami wracającymi do przeszłości. Wiem, to brzmi tak, jakbym – cytując Nicka – ujarała się jakimś pieprzonym ziołem. Ale tu chodzi o podejście do muzyki, o klimat, o pójście w pomysł na całość, a nie tylko połowicznie. Zresztą, wiemy doskonale, że przy „Host” wystarczałby jeden banalny trik. Dajemy tam brzmienie gitar z „Icon”. Idę o zakład, że najwięksi przeciwnicy nagle stają się największymi fanami krążka. Ale nawet w takim wdzianku ta płyta jest zdecydowanie bardziej paradajsowa niż „In Requiem”, czy „Faith divides Us Death Unites Us”. Czyli jednak mamy wspólny mianownik z „Medusą”. Ten ich klimat. Nie do pomylenia. Swoją drogą, pamiętasz nasze przewidywania? To ja miałam uwalić nowy Paradise Lost, a Ty miałeś go obronić. I zobacz, co się porobiło.

ŁB: No i połowicznie się sprawdziło, bo ja już zbudowałem ołtarzyk, a na nim zdjęcia Nicka z podejrzanym destylatem w ukraińskiej reklamówce… Z racji tego, że powoli dobijamy do brzegu, powiedz, jak się Tobie widzi nowy perkusista rajskiej ekipy i dlaczego jest lepszy od Erlandssona?

MG: Nie zaryzykowałabym twierdzenia, że lepszy od Adriana. Erlandsson jednak wprowadził do zespołu doświadczenie i całkiem nieźle się w niego wkomponował po ciężkiej łapie Jeffa Singera i jego koncertowym rozwalaniu „Embers Fire’. Młody zagrał swoje. Nieźle mu poszło. Ale tak naprawdę mało istotne, kto siedzi za garami w Paradise Lost. Najważniejsze, kto śpiewa i kto wywija na gitarze. I w jakiej ci panowie są formie. Dobrze, że teraz trafiło na lepsze dni. Mam nadzieję, że nie będę musiała znów czekać 12 lat na kolejną udaną płytę.

ŁB: To w ramach podsumowania owocnej dyskusji wskażmy najlepszy moment na płycie. W mojej opinii jest to oczywiście tych pierwszych kilkadziesiąt sekund „Gods of Ancient”. Co tam się odmentalfuneralowiło, to ja nawet nie…

MG: Żadnych kompromisów, Łukaszu. Nie kilkadziesiąt sekund, a cały „Gods of Ancient”. To rozpierdol na miarę „Icon”. A potem „From the Gallows” i „No Passage for the Dead”, w którym Nick próbuje naśladować zombie. Mój trójpak.

Rozmawiali Małgorzata Gołębiewska i Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: archiwum zespołu