PALM DESERT – Falls of the Wastelands

Bardziej sugestywnej nazwy nie mogli sobie wybrać. Nawet średnio zorientowany fan rocka i metalu od razu skojarzy, że Palm Desert nie gra funka ani hard core’a. Nie gra też  country a black metalem się brzydzi. Co pozostaje? Oczywiście, pustynia. A jak pustynia, to piasek i brudne riffy. Żar, zaduch i kurz. Stoner…

Po lekturze debiutanckiej płyty wrocławskiego Palm Desert doszedłem do wniosku, że niepotrzebne są mi bzdurne reaktywacje w stylu Kyuss Lives!, nie muszę iść na koncert Queens Of The Stone Age. Nie muszę, bo mam Palm Desert. I choć jakiś czas temu, w recenzji Drums Are For Parades, deklarowałem, że pogrobowców, kopiujących wczesne dziedzictwo Josha Homme’a mam dosyć, to jednak mocno zachwycam się opisywanym tu zespołem.

Przede wszystkim ukłony należą się za idealne, maniakalnie wierne i genetycznie skrzywione skopiowanie brzmienia Kyuss, tak w warstwie gitarowej, jak w pracy sekcji i popisach wokalnych. Od czasu „Lazy” Elvis Deluxe nie było tak udanej ekipy nie tyle nawiązującej do pustynnego rocka, ale grającej, jakby właśnie wrócili z kolejnej (hipotetycznej…) „Desert Session”. Tu nie ma miejsca na jakiekolwiek oryginalne pomysły, własną myśl czy próbę interpretacji gatunkowych klisz. To 100% stonera w stonerze i nie ma o czym dyskutować. Takie radykalne podejście ma sens, bo zamiast udawać, że czegoś się szuka i bawić w przysłowiowego osła, co zdycha u żłobu, Palm Desert grają okrutnie rasowo, pięknie zachowawczo, intuicyjnie niemal sadowiąc się u samych podstaw stoner’owej rewolucji. Nie ma tu grama metalu, jest za to genialny w prostocie riff, zagrany w basowy, zamulony sposób, jest brudne, duszne brzmienie, które z każdym przesłuchaniem lepiej smakuje.

Są wreszcie znakomite, świetnie odegrane, choć proste kompozycje. Trzon płyty stanowią rockowe petardy – surowy „Chase The Sun”, żwawe „Set Me Free” i „Grow Up My Little Man”, czy potężny, hymnowaty „Jesus”. Żeby zadość uczynić tradycji, zespół kłania się Black Sabbath („The Tempter”) i zapodaje psychodeliczną mgiełkę („Yerba Mate”, pięknie rozleniwiony „Adliwun”…).

Mistrzostwem, zwieńczeniem płyty i muzycznej pracy Palm Desert jest zamykający krążek, 9 – minutowy „Solar Trip”. Zgodnie z nazwą mamy tu podróż w nieznane, wolno rozwijającą się narrację, spreparowaną na wzór starych, blues’owych protest songów. Tyle, że wzbogaconą o całą gamę gitarowych przesterów, dotykającą luźnej improwizacji i ducha „Tab” Monster Magnet. Dawno nie słyszałem tak godnego i zatykającego zakończenia płyty. Osobiście uważam, że „Solar Trip” powinien znaleźć się w annałach polskiego rocka jako krajowy wkład w bogate dziedzictwo rockowej rewolucji. Co oczywiście jest mrzonką, bo jedynie Fil, Doda i tvn mogą mieć jakiś wkład w światową muzykę…

Palm Desert nie zrobi kariery. Nie ma na to szans, bo wybrał niełatwą ścieżkę, flirtując z muzyką, która w Polsce przyjęła się tylko w małych, zamkniętych kręgach wtajemniczonych maniaków. Nie zobaczymy zespołu na dużych koncertach, ale nie dbam o to. Wydaje mi się, że skoro muzycy Palm Desert wykonali tak potężną pracę, by „Falls of the Wastelands” brzmiała jak płyta z zupełnie innej części świata, nie poddadzą się zbyt szybko i jeszcze o nich usłyszymy. Czego im życzę i czekam na jakiś koncert w stolicy. Pokażcie zblazowanym i naturalizowanym warsiawiakom, jak się gra…

Arek Lerch