ORGANIZM – Plaża Babel (Thin Man Records)

Gramy we trzech od zarania dziejów. Wygrywaliśmy festiwale, bywaliśmy „nadziejami” i „młodymi zdolnymi”, ale najlepiej podsumowują nas statystyki na FB: „Three people talk about this” – tak piszą o sobie muzycy grupy Organizm i jeśli przyjąć to za przejaw zdrowego cynizmu, warszawskie trio jawi się jako najlepiej zahartowany – nomen omen – organizm na krajowej scenie rockowej.

Jak to jest z syndromami kolejnych płyt, każdy wie. Debiut to debiut, dwójka potwierdza, że zespół nie jest tylko sezonową przystawką a trzecia… No, tu już mamy prawdziwy problem. Czy to matura, czy już magisterium, czy pierwszy kryzys, jak kto woli. W każdym razie – trzecia płyta jest na pewno ważna. Tak jak i poprzednie, ale chyba jednak od „trójeczki“ wymagamy czegoś więcej, czegoś nowego, potwierdzenia klasy, bezkompromisowości i arogancji, bo tylko to gwarantuje, że ktoś sięgnie po czwartą i piątą. A jak wiadomo, nie każdy jest „ejsidisi“, żeby móc sobie pozwolić na trzy dekady jednego, powtarzanego w nieskończoność kawałka.

Dla Organizmu trzecia płyta jest ważna, bo właśnie na niej zespół zdecydował się na poważne zmiany i porzucenie typowego, rockowego drajwu. Jasne, już na drugim krążku słychać było, że to nietuzinkowy projekt, ale dopiero dzisiaj muzycy odważyli się na bardziej zdecydowaną woltę. Zapewne swój udział miał w tym wydarzeniu producent Marcin Bros, który pomógł (albo zmusił?) chłopakom urzeczywistnić nowe pomysły. A główny zamysł jest taki, że zespół wskoczył do elektronicznego bajorka, co zupełnie zmieniło perspektywę. O dziwo, w pierwszej kolejności zwróciłem jednak uwagę na warstwę tekstową. W przypadku rockowych bandów jest to bardzo często bolączka, którą band stara się przykryć muzyką i około-muzycznymi ekscesami; Organizm proponuje zaś bolesną podróż w meandry relacji z bliskimi i jest to prawdziwie traumatyczna jazda. Nie ma tu żadnej, wulgarnej dosłowności, wszystko jest w poetycki sposób zwiewne, ale jeśli wgryziemy się w poszczególne frazy, wyłania się obraz odwiecznej walki z samym sobą, z najbliższymi osobami, z kobietami. Słowem – razem, ale jednak osobno i nikt nie chce wziąć za ten stan odpowiedzialności. Jesteśmy zwierzętami, co uwielbiają się ranić i udawać, że nic się nie stało. Piękne, choć niepokojące to liryki, które w oderwaniu od dźwięków mogą sprawić równie dużo radochy. I smutku.organizm_big

Wspomniana muzyka także jest dwuznaczna. W pierwszym momencie zaskakuje mocno jej syntetyczny charakter – wszystko zalane klawiszową zawiesiną, gitara bardzo często jest nieobecna a żywe bębny pojawiają się w zasadzie dopiero w piątym z kolei „Odliczaniu”. Mocno plstikowa warstwa to jednak tylko przykrywką, masą, która wygładza chropowatą powierzchnię kompozycji. To nie tyle braki, ile większa trudność w odkryciu drugiego dna tej muzyki mogą być problemem, choć dla mnie to właśnie fascynująca podróż. Zimny klimat idealnie pasuje do tekstów, syntetyczny indie rock co i rusz przywodzi mi na myśl tuzów gatunku i fascynację pewnymi, nieżyjącymi już postaciami. Żywe instrumenty pojawiają się, owszem, ale jako smakowity dodatek a nie danie główne. To celowe „wycofywanie się” dodaje muzyce Organizmu dystyngowanego chłodu; im bardziej się zagłębiamy, tym lepiej rozumiemy, że ten introwertyczny świat jest pełen targających nim emocji. Zespół nie daje nam łatwych odpowiedzi, w zasadzie cała płyta potraktowana została jako swego rodzaju kalambur dla odważnych. Możliwe, że ten nowy lifting nie każdemu przypadnie do gustu, warto jednak dać tej muzyce szansę, a w zasadzie nawet trzy i cztery, bo wtedy odkryjemy jej bogactwo i przewrotność.

„Plaża Babel” to dzieło, które nie nastraja optymistycznie, nie wpuszcza łatwo do swojego wnętrza, ale jeśli postaramy się je oswoić, okaże się, że mamy do czynienia z Ważną Płytą. Ważną, bo doskonale trzymającą równowagę pomiędzy eksperymentem i niewygodnymi pytaniami a (jednak…) rozrywkowym charakterem, jakim powinna być muzyka rockowa. Oczywiście, jeśli nadal będziemy twierdzić, że Organizm gra rocka. Może to właśnie oznacza, że znaleźliśmy się na Plaży Babel i nikt nikogo tu nie zrozumie?

Arek Lerch