OCN – Waterfall (Warner Music)

Są zespoły, których determinacja budzi mój głęboki podziw. Wrocławski Ocean należy niewątpliwie do tego grona, bo w naszym niezbyt przyjaznym muzyce środka środowisku poczyna sobie całkiem nieźle. Zamiast zmieniać swoją muzykę, zmienia nastawienie otoczenia, przekonując do siebie coraz więcej ludzi. A może to czasy się zmieniły i już nie boimy się przyznać, że takie miękkie dźwięki także mogą być trendy? Dzisiaj, ze zmienioną nazwą, nową płytą i międzynarodowym kontraktem, OCN jest bliżej sukcesu niż kiedykolwiek. Tylko czy jest im to potrzebne?

 

Ostatnio mam taką nieprzyjemną przypadłość, że zanim posłucham płyty, grzebię w Internecie i szukam, co o danym zespole piszą na forach. Po lekturze komentarzy odnośnie nowego OCN, będących modelowym przykładem pizdowatej hejterki, doszedłem do dwóch wniosków – po pierwsze – nic nas tak nie cieszy jak anonimowe dop… innym, po drugie – nowa płyta OCN musi być świetna. Nawet, gdybym jej nie usłyszał. A, że słyszałem, od razu donoszę, że OCN poza nazwą… nie zmienił się aż tak bardzo. Na szczęście…

Punktem odniesienia musi być, co oczywiste, rewelacyjna płyta „Wojna Świn”. Napiszę więcej – dzisiaj piąty krążek zespołu „sprzedaje” się jeszcze lepiej niż w dniu premiery, dlatego „Waterfall” miał trudne zadanie. Być może ułatwiał mu drogę fakt, że zwyczajnie lubię twórczość Maćka i kolegów, z czego nie zamierzam się tłumaczyć. Tak już mam. Czym zatem różni się nowa płyta od swojej poprzedniczki? W zasadzie… niczym, bo to nadal stary Ocean, czyli nowy OCN. Nie różni się w takimOCN sensie, że bez problemu rozpoznamy tą charakterystyczną melancholię, miód, oblepiający kompozycje i zwiewne melodie. OCN  wypracował swoje brzmienie, ma pomysł na muzykę a teraz dodatkowo zderzył swoją osobowość z amerykańskim producentem Vancem Powell’em, który to pomógł grupie nagrać materiał na tzw. setkę, chwytając ten charakterystyczny, oceaniczny klimat. Tym razem udało się w 100%, choć jeśli ktoś oczekuje brzmieniowej rzezi, może się rozczarować.

„Waterfall” to po prostu zbiór doskonałych, przyjemnych piosenek, które mimo swojej spójności mają bardzo indywidualne cechy. Pomijam w tym miejscu kawałek, który przyniósł zespołowi spory sukces, nie tylko krajowy – tytułowa kompozycja to świetna melodia, jakże daleka od siermięgi polskiego przeboju. Te harmonie odstają od naszej ogórkowo – weselnej  zgrzebności i jednocześnie chwytają za gardło. Żeby było jasne – reszta trzyma poziom. Muzyka OCN to specyficzna mieszanka post – grunge’owej nostalgii, bliższej psychodelicznym smutasom w rodzaju Seam z tą polską, jakże nam bliską zadziornością. „Waterfall” najbardziej ujmuje spójnością, w ramach której zespół przemycił mnóstwo fajnych smaczków. W wielu miejscach będą to bardzo wyraźne nawiązania do amerykańskiego rocka (wyraźne echa Clutch w „Somehow” czy Soundgarden w „I Want it All”), nowofalowe klimaty w „Sparks”, psychodeliczne loty połączone ze świetnym, oszczędnym aranżem (niesamowite tremolo werbla!) w „Mudy Water” i całą masą świetnych partii gitarowych, zadających kłam słowom Maćka, który w wywiadzie przekonywał, że grać na instrumencie nie umie. Można wyszukiwać porównania, wyłuskiwać ciekawe zagrywki, jednak dla mnie liczy się przede wszystkim to, że płyty słucha się jako całości. Ma świetny, lekko smutnawy klimat, nie jest natrętna, nie wbija się od razu w głowę, trzeba czasu, by odkrywać powoli pokłady muzycznej wrażliwości.

Po kilku seansach z „Waterfall” zakochacie się, gwarantuję. No, chyba, że jesteście hejtereami, dla których to kolejny, nudny, zapatrzony w Amerykę zespolik. Ale akurat nie do Was adresuję powyższe słowa.

Arek Lerch