OBIEKTY – Czarne Miasto (Instant Classic)

Nowa/stara pozycja na mapie krajowego niezalu. Właśnie pojawiła się ich debiutancka płyta i jak nic będzie to jedno z moich ulubionych, tegorocznych  wydawnictw dźwiękowych. Dlaczego? Bo Obiekty uosabiają wszystko to, co w ostatnich  czasach kocham w muzyce niezależnej.

Nie będę bawił się w zgadywanki co było najpierw. Czy hałas, czy trans a może Leśniewski/Nowacki a potem Obiekty. Zaplątane historie są najfajniejsze. Dość, że dwóch poszukujących i co tu nie mówić, utalentowanych gitarzystów dobrało sobie myślącą sekcję rytmiczną i nagrało zajebistą płytę. Płytę, która oczywiście nie zdobędzie szerokiego poklasku, bo niezal w tym kraju to sinusoida i akurat mam wrażenie, że jesteśmy w dolinie tejże. Inna sprawa, że to muzyka do kontemplacji a nie szybkiej konsumpcji, co z założenia eliminuje leniwców. Mogę w tym momencie jedynie zachęcić do prób zaprzyjaźnienia się z płytą, bo płynie bardzo pięknie i podstępnie łapie w swoje szpony. Dlaczego tak się dzieje?
Obiekty

Być może chodzi o to, że mamy do czynienia z niesamowitym z mojego punktu widzenia tandemem gitarowym, coś na kształt Moore’a i Ranaldo, poza tym, bardzo inteligentnie wszystko ułożono, odsączając z muzyki wszelkie naddatki, tłuszcz i niepotrzebne śmieci. Oszczędność tych kompozycji nie polega jednak na minimalizmie, ale raczej na czujnym prowadzeniu poszczególnych instrumentów i pewnej mądrości, realizowanej w krótkich, zapadających w pamięć tekstach. Nikt nie wychodzi przed szereg, sekcja zapętla się i tworzy doskonale transowy podkład pod zabawy gitarzystów. I tu muszę jednak rzucić nazwą, bo kiedy w uszach brzmi taki „Halny”, nie mogę odpędzić się od skojarzeń z „Esion” Ewy Braun. Podobna jest kontemplacja dźwięków, podobnie snute wokalne opowieści. A kiedy rusza basowy puls „Ku sobie” jestem kupiony w 100%. Pozwalam sobie na bardzo osobiste podejście do tej płyty, bo generuje we mnie emocje dalekie od zimnego, dziennikarskiego obiektywizmu. Co ciekawe, płyta z założenia ponura, niepokojąca, w dłuższej perspektywie staje się coraz jaśniejsza. Ważnym doświadczeniem było zetknięcie się z koncertowym obliczem zespołu, bo wtedy na powierzchnię wychodzą nieco inne wątki, prowadzącą rolę przejmuje bas a muzyka nabiera nieco bardziej piosenkowego (!) charakteru. I o dziwo, po  scenicznej konfrontacji powrót do płyty jest jeszcze łatwiejszy. Zespół stworzył spójne oblicze, konsekwentnie buduje swoją muzykę i posiada coś co nazwałbym – przepraszam za potworka – wewnętrznym, transowym radarem, który pięknie prowadzi ich przez mroczne, miejskie labirynty. Pozostaje jeszcze jeden test – muszę z tą płytą połazić nocnymi zaułkami jakiegoś miasta. Może Warszawy, może Krakowa, w sumie to nieważne, bo każde miasto jest czarne.

Arek Lerch

Zdjęcie: Lisia Nora Photography