NVC – Obserwacje (Audio Cave)

To ciekawa kwestia – jak odróżnić trans zupełnie wyzwolony, wzruszający ramionami na jakiekolwiek wytyczne, od transu starannie wykoncypowanego, gdzie nienagannie transowe środki ścielą tylko drogę do wyznaczonego celu, przesłaniając swoją rzekomą dzikością i nieskrępowaniem chłodną kalkulację? Skłaniałbym się ku stwierdzeniu, że jeżeli różnica to niemal niewyczuwalna, należy skupić się na efekcie końcowym; ostatecznie to on się liczy i jego zapamiętujemy, nie – takie, czy inne, intencje twórcy. Mimo wszystko, w przypadku „Obserwacji” nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pulsowi tej płyty dość blisko wspomnianej, totalnej, wolności.

Trudno dostrzec w tym materiale miejsce do dalszych lotów, punkty, od których pewne wątki mogłyby zostać poprowadzone jeszcze dalej. I myślę sobie, że to jeden z największych komplementów, jakie można wystosować względem NVC: brak punktów zaczepienia, od których mogłyby odchodzić kolejne gałęzie tej historii, nie oznacza bowiem, że „Obserwacje” stanowią skończoną, nienaruszalną całość. Raczej że całe są czymś na kształt improwizacji, pozbawione podziału na bardziej zwarte i luźne miejsca, stąd też nie da się wyrokować, które motywy można by w warunkach koncertowych pociągnąć dalej. Jest tylko niestrudzony, drążący rytm, towarzyszący mu, z pozoru może trochę gdzieś obok, od niechcenia, bas, oraz elektroniczne tło, nienachalne, a wszechobecne i dopełniające nerwowej atmosfery. Jest oczywiście saksofon, główny aktor, który się snuje, wije, czasem zlewając barwą i głośnością z ogólnym pulsem utworu, by zaraz wyrwać do przodu i podkreślić, że to on tutaj opowiada historię.NVC

A co to za historia? Nie wiem. Nie jestem także pewien, czy w kontekście takiego grania można w ogóle mówić o zrozumieniu bądź niezrozumieniu. To raczej czysty strumień świadomości, w którym odbiorca się zanurza, i… suchy raczej nie wyjdzie. „Obserwacje” to muzyka moralnego niepokoju; pokraczny noir-jazz, każący nieustannie z niepokojem spoglądać przez ramię i nasłuchiwać śledzących kroków. Wyobrażam sobie, że takie rzeczy dźwięczałyby w głowie porucznika Borewicza, gdyby, miast walić wódę po zapyziałych kantorkach, konsumpcję halucynogennych grzybów łączył z seansem niezapomnianej „Tajemnicy szyfru Marabuta”. Zresztą… koniec, na myśl ubarwianiu tego materiału jakimkolwiek mózgotrzepem – czy filmem, czy substancją – aż się wzdrygnąłem. „Obserwacje” same w sobie dostarczają nieskończonej pożywki dla rozmaitych, niekoniecznie przyjemnych, wizji. W zasadzie trochę się tej płyty boję. A wy, słyszycie już kroki?

Adam Gościniak

Zdjęcie: Janek Fronczak