NIECHĘĆ – Niechęć (Wytwórnia Krajowa)

Zawsze chciałem napisać recenzję płyty jazzowej – tak powinien brzmieć wstęp do tego tekstu. Może powinienem też wyjaśnić, dlaczego na naszym portalu pojawia się taka płyta… a w zasadzie dlaczego? Piszemy o wszystkim co jest dobre. Niezależnie, czy to jazz czy grind core. A najlepiej jazzo-grind. Choć w przypadku Niechęci niechętnie decyduję się na szukanie szufladki. Jedno jest pewne: grindu tutaj akurat nie ma. Metalu też nie. A punk funkcjonuje jako coś w rodzaju twórczej arogancji i to jedyne powiązanie Niechęci z jakimkolwiek hałasem. Choć niewątpliwie płyta trochę pohałasuje tu i ówdzie.

Zbawieniem sceny jazzowej ostatnich lat jest eucharystia pt. eklektyzm. W zasadzie nikt nikomu nie zabroni tworzenia połączeń tak absurdalnych, że aż rewolucyjnych. Dzisiaj już nie dziwi, że metalowcy lubią jazz, jazzmani odkrywają ciężkie przestery i blasty, a łączą wszystkich ambienty czy drony. W zasadzie – każde dziwactwo można sobie wyobrazić. Na tym tle Niechęć jest całkiem wyrazistą deklaracją pełniej niezależności artystycznej. Będąca próbą zdyskontowania sukcesu debiutanckiej Śmierci w miękkim futerku płyta to przede wszystkim pokaz bardzo dystyngowanego kunsztu instrumentalnego. Jeśli gdzieś znajdziemy jakieś brudy czy dysonanse, to są one wynikiem erudycji a nie przypadku czy braku umiejętności. Muzycy Niechęci to fachmani najwyższej próby, dlatego swoje opowieści prowadzą w sposób rewelacyjny, pozornie pozwalając poszczególnym tematom rozwijać się w naturalny sposób, jednak im dłużej słuchamy płyty, tym lepiej widać, że wszystko mają pod kontrolą – i te fragmenty mocno doaaranżowane jak i improwizatorskie galopady, których – jak to na płycie bądź co bądź jazzowej – nie brakuje. Przede wszystkim zespół stara się jednak nawiązać dialog ze słuchaczem, bez prób onieśmielenia go jakimiś szczególnie trudnymi harmonicznie frazami, stąd też dość przystępna melodyka, w dodatku ujmowana co i rusz w dobrze osadzone rytmy. Te ostatnie to zresztą najważniejszy łącznik „Niechęci” z szeroko rozumianym rockiem. A w zasadzie post rockiem, bo struktury i dynamika mają jednak w sobie ten specyficzny, lekko psychodeliczny flow.niechec_jz_051.jpeg

Ciekawa jest także struktura samej płyty, bo w pierwszej części przeważają te bardziej klasycznie formalnie kompozycje; być może chodziło o to, by od razu nie wrzucić słuchacza na głęboką wodę. Inna sprawa, że od początku słychać wyraźnie, że muzyków roznosi energia i radość grania. Gęba sam  się cieszy, kiedy wchodzi sekcja w otwierającym „Końcu”. Jest świeżo, jassowo, Mazzol byłby zadowolony. „Metanol” przynosi ciekawy miks jazzu i post rocka a pierwszą – nazwijmy to – bardziej stateczną część materiału zamyka „Krew” – epicki i chyba najbardziej jazzowy temat z fajnymi, nieco cyrkowymi wstawkami, których pewnie nie powstydziłby się sam Tymon. Żeby było jednak jasne – wszystko jest tu „na poważnie”, choć atmosfera swobodnej i radosnej zabawy nie opuszcza nas do końca. A jeśli chodzi o drugą część, otwartą zajadle rozimprowizowanym „Widzeniem”, robi się ciekawie. W trzech numerach – „Atak”, „Trzeba to zrobić” i bonusowym „Srebrnym strzale” – zespół rozszerza swoje poszukiwania. Jest awangardowo, pojawiają się mocne, przesterowane brzmienia i ciekawe rytmiczne zakręty. Szczególnie wyróżnia się „Atak” – jadowity, świetny groove i finezyjne zespolenie wszystkich instrumentów, idealna maszyneria. Druga część płyty ukazuje dużo szersze inspiracje, wychodzące daleko spoza świat jazzu, i przyznam, że chciałbym, by zespół właśnie w tym kierunku się rozwijał. Co nie zmienia faktu, że koncertowe interpretacje mogą być (będą…) równie zaskakujące. Jeśli jazz ma jakąś przyszłość, to widać właśnie w działaniach Pink Freud czy Niechęci. Po raz kolejny okazuje się, że punkowy zadzior i naigrywanie się z konwenansów tworzą nową jakość. Choć nie wiem, jak podejdą do tych obrazoburczych pomysłów stateczni panowie skupieni  wokół JazzForum…

Arek Lerch