NEUROSIS – Honor Found in Decay (Neurot)

Cholera wie, gdzie znajdowałaby się teraz i jak brzmiałaby alternatywna scena ekstremalna, gdyby nie kalifornijska ekipa i jej albumy z ostatnich dwudziestu lat. Na to pytanie nie sposób odpowiedzieć. Dokładnie tak samo jak na pytanie, jak pisaliby współcześni pisarze, gdyby nie dzieła Shakespeare’a, Joyce’a czy Dostojewskiego. Wpływy Neurosis wykraczają daleko poza samą muzykę. Chodzi przecież także o specyficzne brzmienie, niepowtarzalne aranżacje, metaforyczne teksty i wizerunek. Pod tym względem nie mają sobie równych.

Progresywna, post-metalowa misja, zapoczątkowana mniej więcej wraz z piątym, wydanym w 1996 roku, albumem „Through Silver in Blood” trwa po dziś dzień. Z każdym wydawnictwem rośnie w siłę i zwiększa pole oddziaływania. Przez kilkanaście lat Neurosis nagrało wyłącznie płyty genialne, z których każda była przełomem, odkryciem i swego rodzaju objawieniem. Nie inaczej jest w przypadku „Honor Found in Decay”, która, choć nie stawia wszystkiego do góry nogami, może równie dobrze być największym osiągnięciem w karierze pochodzącego z Oakland sekstetu. Dyskutując o wyższości jednego albumu Neurosis nad drugim nie sposób posługiwać się określeniami „lepszy” czy „gorszy”. Każdy zagrany przez nich dźwięk jest po prostu najlepszy i zasługuje na najwyższą ocenę. Jeśli nie liczyć wydanego w 2003 roku albumu „Neurosis & Jarboe”, „Honor Found in Decay” jest już dziesiątym, studyjnym wydawnictwem ekipy dowodzonej przez Scotta Kelly i Steve’a Von Tilla. Album nie posiada takiego przygniatającego ciężaru, jak poprzedni krążek „Given to the Rising”, ale mimo to ma swój wyjątkowy charakter. Nostalgiczne i melancholijne numery w największym stopniu przypominają płyty „The Eye of Every Storm” oraz „A Sun That Never Sets”, gdzie od ciężaru i hałasu ważniejszy jest nastrój i budowanie napięcia. „Honor Found in Decay” jest bez dwu zdań jednym z najjaśniejszych dokonań w bogatej dyskografii grupy. Jest jej prawdziwym ukoronowaniem i kolejnym dowodem, że to zespół wybitny i jedyny w swoim rodzaju. Zespół, który samodzielnie wyznacza sobie drogę i z nikim nie konkuruje. Mimo wyraźnych inspiracji słyszalnych u Mastodon, Isis czy Kylesa, Neurosis i tak pozostaje ponad, zawsze będąc kilka kroków do przodu.

Najnowszy album rozpoczyna „We All Rage in Gold”, którego początkowy, głośny i toporny riff, nadaje tempa nagraniu. Zespół stawia kawę na ławę. Dynamicznie otwiera płytę, tym samym skutecznie przykuwa uwagę słuchacza. Następny „At the Well” to jeden z trzech dziesięciominutowych kolosów, wypełniony kapitalnymi riffami, a także spokojniejszymi i bardziej stonowanymi partiami z wykorzystaniem niekonwencjonalnych brzmień czy instrumentów. W drugiej części numer nabiera prędkości, pojawiają się charakterystyczne bębny i transowy rytm. Trzeci, najlepszy i zarazem najdłuższy na płycie, „My Heart for Deliverance” to podróż przez wszystko, co w dorobku Amerykanów najlepsze. Narastający klimat, przejmujące wokale, czołgające tempo i wyjące gitary. W takich właśnie momentach ręce same składają się do braw dla wieloletniego producenta Neurosis Steve’a Albini, który potrafi okiełznać tę swoistą burzę i nadać jej właściwy kształt oraz melodię. Pomimo pozornej ściany dźwięku, każdy instrument jest słyszalny, poszczególne elementy układają się w idealną całość.

W hałaśliwym i niepokojącym „Bleeding the Pigs”, główną rolę odgrywają zapętlone bębny oraz zgrzytliwa gitara. Ultra ciężkimi riffami przybija zaś „Casting of the Ages”. Zbolałe głosy Kelly’ego i Von Tilla kruszą najtwardsze skały. Numer, choć prosty w formie, należy do robiących największe wrażenie. Może skojarzyć się z klimatem Shrinebuilder, w którym Kelly oraz członkowie Saint Vitus, Sleep i Melvins uprawiają psychodeliczny stoner/sludge metal. Przedostatni „All is Found… in Time” to na pewno nie przypadkowy wypełniacz, ale kompozycja trochę mniej wpadająca w ucho, w przeciwieństwie do finałowego „Raise the Dawn”. Ten najkrótszy na płycie kawałek uderza jak młot, emanując jednocześnie żałobną atmosferą, która towarzyszy ostatnim taktom. Po sześćdziesięciu minutach następuje cisza i natychmiastowa chęć odpalenia albumu po raz kolejny.

Adam Drzewucki