NAPALM DEATH – Apex Predator-Easy Meat (Century Media)

Myślicie, że jesteście wolni? Że człowiek to brzmi dumnie? Zanim prawilnie zbuntowani po dwugodzinnej stylizacji udacie się na hardcore’owy koncert, proponuję wsłuchać się w słowa jakie wykrzykuje na nowym krążku Napalm Death Mark „Barney” Greenway a wnioski przyjdą same. Nowy rozdział krucjaty jaką od lat prowadzi ten zespół od strony lirycznej piętnuje to jak bogate państwa i korporacje wykorzystują ludzi z biednych regionów świata traktując ich jak tanie mięso, siłę roboczą, która w ogólnym rozrachunku zysków i start ma tak naprawdę niewielkie znaczenie. Koncept albumu zainspirowały wydarzenia z 2013 a dokładnie katastrofa budowlana w kompleksie szwalni Rana Plaza w Bangladeszu. Wydarzenia te wywarły tak duże wrażenie na wokaliście Napalm Death, że jak sam mówi w wywiadach, które ukazały się po premierze krążka, musiał wykrzyczeć światu swój pogląd na tą kwestię. Piętnasta studyjna płyta Napalm oprócz bardzo dosadnej i mocnej warstwy tekstowej ma do zaoferowania o wiele więcej. Materiał ten to przede wszystkim doskonała i obłędnie dzika, muzyczna petarda, która po raz kolejny dowodzi tego, że można grać grindcore i ciągle rozwijać się muzycznie. Drogi buntowniku w dżinsach kupionych za równowartość miesięcznej pensji szwaczki z Rana Plaza – jesteś gotów podjąć wyzwanie? Z „Apex Predator-Easy Meat” nie ma żartów…

Zanim pozwolę sobie pomęczyć Was moim zdaniem na temat muzycznej zawartości „Apex…”, uczynię jeszcze jedną małą dygresję. Chciałbym, kiedy już będę w wieku załogantów Napalm Death, mieć tyle energii co oni… Dekady spędzone na scenie wciąż nie potrafią ugasić pożaru, który trawi ten muzyczny orgnizm i w sumie trudno się dziwić; przeceiż napalm wypalał wszystko na swojej drodze. Nowe dzieło Angoli to płyta, która zawiera w sobie esencję kilku ostatnich albumów grupy. Obłędnie wkurwiony i nakręcony energią miks punka, hardcore, grindu i metalu, czyli nic innego jak petarda, która nie dość, że narobi dużo hałasu to jeszcze i paluchy urwać może. Prawdę mówiąc, pierwszy kontakt z tą płytą wywołał małe zaskoczenie. Industrialne, zimne elementy i trochę inna forma narracji sprawiały, że niemal zachłysnąłem się świeżością bijącą z tego krążka. Jednak, a bynajmniej nie jest to zarzut, Napalm Death skroił kawałek tak intrygująco ciekawej muzyki, że już po kilku lekturach a właściwie nawet w trakcie tej pierwszej, czujemy, że to ciągle ten sam wkurwiony na cały świat zespół starych, niepoprawnych punków. Muzyczny fundament pozostał bez zmian. To co uległo zmianie to jedynie sposób w jaki muzyka jest prezentowana.

Pewnego rodzaju wykładnią tego krążka jest już zimne, pseudo industrialne intro, które świetnie wprowadza w klimat muzyki, rozpętującej się po ponad trzech minutach wstępu. Deklamacja nawiedzonego krzykacza na tle niepokojąco transowego hałasu z sekundy na sekundę przybiera na sile by w chwili kulminacji przejść w wulgarny, punkowy strzał w postaci „Smash a Single Digit”. Mocny i krótki utwór, który otwiera materiał to Napalm w formie niemal totalnej. Cholernie dzikie tempo i tnące w niemiłosiernie wkurwionym rytmie riffy to jest to co tygrysy kochają do granic możliwości. Jest dziko, duszno i mokro. Kolejne numery to tylko eskalacja punkowej agresji w czystej formie. Niby nic nowego, ale w porównaniu z poprzednimi krążkami Napalm zmienił nieco środek ciężkości muzycznej materii. „Utilitarian” i „Times Waits For No Slave” zdecydowanie bardziej stawiały na energię i nie stroniły od małych rytmicznych kombinacji, natomiast „Apex…” to nic innego jak czysty destylat agresji. Tak właśnie odczuwam płytę – jako emanację agresji w każdej formie. Rwące jednym ciągiem do przodu tempa, bardziej dzikie niż na ostatnich albumach wrzaski no i przede wszystkim brzmienie gitar: zimne i ostre niczym brzytwa. W moim odczuciu jest to zdecydowanie najlepszy album Napalm od wielu lat a może jedna z ich najlepszych płyt w ogóle.Napalm Band

Niespełna czterdzieści minut jakie jednorazowo spędzimy w towarzystwie tego krążka to czas nader udany. Oprócz wyżej już wytkniętych przymiotów „Apex…” warto wspomnieć też o tym – mimo iż wybijanie zębów jest głównym zajęciem tego zespołu, muzycy nie stronią od kombinacji, sprawiających, że materiał nabiera niemal młodzieńczej witalności. Posłuchajcie połamanego „How The Years…”, który lekko odbiega od tonu całego krążka, ale przez to tylko podkreśla jego ostateczną wymowę. Dodatkowo wstęp do „Dear Slum Landlord”, nawiązujący do intro, stanowi krótki oddech od bijącego po twarzy hałasu co samo w sobie nie jest zabiegiem oryginalnym, ale utwór zespolony z połączenia industrialnie płynących deklamacji z wulgarnie skandującą riffy gitarą jest jednym z moich faworytów. Podobny klimat pojawia się jeszcze w zakończeniu „Hierarchies” oraz w wieńczącym całość „Adversarial/Copulating Snakes”.

„Apex Predator…” to uczta muzyczna, której nie można sobie odmówić. Tak naprawdę nie spodziewałem się tego, że dostanę od dziadków z Napalm krążek tak na wskroś „napalmowski” a jednocześnie świeży. No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak czekać na klubową trasę Napalm Death promującą to wydawnictwo; materiał doskonale sprawdzi się na żywo, nie mam co do tego wątpliwości. Tak samo jak nie mam wątpliwości iż w dzisiejszym świecie słowa wykrzykiwane przez Barney’a nie robią już na nikim wrażenia. Jest nam dobrze w naszym ciepłym, europejskim gniazdku, więc po co przejmować się innymi regionami świata czy starać zrozumieć mechanizmy, które rządzą naszym życiem. O wiele prościej jest buntować się na pokaz a po punkowym koncercie wrócić do kupionego na kredyt mieszkania i rano grzecznie pędzić do korporacyjnego kieratu…

Wiesław Czajkowski