MYSTICUM – Planet Satan (Peaceville)

– Synu, ile planet ma Układ Słoneczny?

– Osiem, tato.

– A ten komputerowy Saturn, to która planeta?

– Nie Saturn, tato, tylko Satan.

Historia „Planet Satan” przypomina trochę losy pierwszych epizodów „Gwiezdnych Wojen”. Wiadomo było, że powstać powinna, bo zapowiedziana została już w booklecie debiutanckiego „In the Streams of Inferno” w 1996 roku. Mało kto jednak wierzył, że kiedykolwiek zostanie nagrana. Jedynym znakiem aktywności ze strony zespołu na przestrzeni ostatnich lat były dwa utwory na splicie z Audiopain i kompilacja nagrań demo „Lost Masters of The Universe”. I do niedawna nic nie wskazywało na to, że drugiej płyty Mysticum doczekamy się prędzej niż nowych albumów Thorns, Necrovore czy Sadistic Intent. A jednak los lubi płatać figle. I tak oto, po osiemnastu latach możemy w końcu usłyszeć jak brzmi „Planet Satan”.

Wydany w połowie lat 90. debiut Mysticum zainspirował wielu do łączenia black metalu z industrialem i nadużywania narkotyków, ale w żadnym ze znanych mi przypadków nie zaowocowało to muzyką na poziomie „In the Streams of Inferno”. A jeśli nawet coś zbliżało się do tej płyty pod względem jakościowym, to prezentowało odmienną estetykę. Szlachetny minimalizm Mysticum inspirował dziesiątki dyskotekowych grzybiarzy do tworzenia tanecznych bitów i snucia opowieści o zagładzie ludzkości, ale nikt nie był jak dotąd w stanie zdetronizować pionierów. Czy jednak oni sami potrafią sprostać oczekiwaniom fanów „In The Streams of Inferno”?Mysticum band

O dziwo, tak. „Planet Satan” nie różni się zbytnio od wcześniejszych dokonań Mysticum. Na dobrą sprawę mógłby powstać rok po debiucie i brzmieć tak samo jak brzmi. Zresztą podobno część wykorzystanych tu riffów to jakieś stare pomysły z odkurzonych kaset, więc nie ma się co dziwić. Można się tylko cieszyć. W końcu potencjał takiego grania nie został nigdy wykorzystany. I nawet gdybyśmy za kilka lat mieli mieć tego serdecznie dosyć, to przynajmniej ja cieszę się, że ta płyta powstała. I, co ciekawe, powstała w idealnym wręcz momencie, kiedy ludzie zaczynają mieć powoli dosyć tego progresywnego, eksperymentalnego nurtu w black metalu i zwracają się w stronę rzeczy brzmiących klasycznie. Może słowo „klasycznie” brzmi dziwnie w kontekście takiego zespołu jak Mysticum, ale jest to pierwszy od dłuższego czasu album blackmetalowy, na którym czuć te charakterystyczne, norweskie wibracje. Takiego black metalu już się dzisiaj nie gra. Jest albo eksperyment, albo pusta retro stylizacja. Wyjątek to właśnie „Planet Satan”, duchem tkwiąca w tamtych czasach. I dlatego wyją te syreny, dlatego ten automat perkusyjny dyktuje marszowy rytm.

Oczywiście będą też tacy, których ta płyta rozczaruje. Podobnie jak wspomniane wyżej epizody „Gwiezdnych Wojen”, żyła sobie najpierw przez lata w wyobraźni fanów. Nie w każdym przypadku będzie mogła tym wyobrażeniom sprostać. Spotkałem się nawet z zarzutem, że ukazała się za późno. Ale za późno na co? Mysticum wciąż gra we własnej lidze, a póki my żyjemy i możemy tego posłuchać, to na pewno jeszcze za późno nie jest.

Michał Spryszak