MYOPIA – Simultaneous Simulations

Wkurwia mnie polski biznes, bo omija skrzętnie zespoły, które nie chcą się podporządkować ogólnie panującym tendencjom. Jeśli w danym momencie nie grasz czegoś, co jest na topie, nie masz szans na kontrakt, płytę czy promocję. Cały nasz piękny biznes muzyczny, równa tym samym do śmierdzącego kiełbasą szeregu krawaciarzy, którzy rozum zamienili na kalkulator a serce na laptopa. Na całe szczęście, są zespoły, które w dupie mają promocyjny blichtr i same zabierają się za swój los, nie czekając pół życia na jedyną szansę, która często i tak niczego nie gwarantuje. Myopia to właśnie taki kolektyw – po raz kolejny sami wydają swoje dzieło, po raz kolejny w błyskotliwej formie, jednak po raz pierwszy z tak maksymalnie pogiętymi i jednocześnie rewelacyjnymi pomysłami. Nic, tylko słuchać…

Nie wiem do końca, z czego wynika brak zainteresowania Myopia, skoro często dużo bardziej niszowe zespoły znajdują wydawców? Faktem jest, że już trzeci raz zespół sam wydaje swoje dzieło i robi to z odpowiednim rozmachem. Choć tym razem może być lekkie zaskoczenie, bo ręczne, nieco  komiksowe grafiki mocno odstają od tego, co znajdowało się w booklecie płyty „Biomehatronic Intervention” z 2009 roku. To nie jedyna zmiana. Nie wiem, czy muzyczny rdzeń płyty jest efektem zgrania nowego składu, który zadebiutował właśnie na „Biomehatronic…” czy świadectwem, że zespół ma już kompletnie wszystkich w tyle i gra na maksymalnej kurwie wszystko, co przyjdzie im tylko do głowy. Ta ostatnia uwaga jest związana z faktem, że tak pogiętego i trudnego w odbiorze materiału Myopia jeszcze nie spłodziła. Trudnego – czyli rewelacyjnego – dla mnie!!  Wreszcie – mimo, że doceniałem poprzednie krążki – mogę z ulgą powiedzieć, że bielszczanie mnie zabili. Po całości – brzmieniem, które jest surowe, masywne, potężne jak sto diabłów i rewelacyjną muzyką. Pomysł Myopia sprowadza się do tego, żeby połączyć dziwne, grane w niezrozumiałych skalach riffy z prującą matematycznie sekcją. Dodatkiem, który dotychczas nie był może zbyt akcentowany jest agresja, jaka wylewa się z głośników po odpaleniu „Simultaneous Simulations”. Tu nie ma przebacz, jest prawdziwie metalowy cios w żołądek.

Drugą istotną i decydującą o artystycznym sukcesie sprawą, jest sposób zaaranżowania tych numerów. Dzieje się tu tak dużo, że trzeba podejść do płyty wielokrotnie, by zrozumieć pomysły. Jednocześnie trzeba przyznać, że nigdy wcześniej Myopia nie brzmiała tak koncertowo. Skoro tak, to zacznijmy np. od „Deja Mort”, gdzie nerwowy puls kieruje myśli w stronę techno – death’u a końcówka utworu opatrzona jest takim groovem, że nie będą przy nim skakać jedynie impotenci w garniturach. 39 minut tej płyty to mieszanina technicznych popisów, psycho – metalowego odjazdu i post thrash’owych, post voivod’owych poszukiwań. W zasadzie trudno nazwać w jakiś konkretny sposób muzykę, bo skutecznie – to kolejna zaleta! – wymyka się klasyfikacjom. Neurotyczność „Simultaneous…” rozpościera się między dziwacznymi pasażami granymi przez Roberta Słonkę i aranżami, które nie pozostawiają wątpliwości, co intencji ich autorów. Dla piszącego te słowa hitami absolutnymi płyty są „Simulation II” i „Regime of Simulacrum”, gdzie zespół zebrał śmietankę pomysłów na akademickim poziomie, podobnie jest w niemal – kobong’owym (ach, te porównania…) „Simulation I”. Chaos jest tu jednak pozorny, bo muzycy trzymają te rozwalające dźwięki za mordę. Spróbujcie to jednak ogarnąć za jednym razem. Wspomniałem coś o agresji? Tu rządzą „Aerth” i „Posthistory”, z dominującymi, niemal hardcore’owymi tempami. Zresztą, każdy kawałek na płycie to kopalnia pomysłów, ekwilibrystycznej techniki i pokaz fenomenalnego zgrania. Zespół okrzepł, wie co chce grać i potrafi to sprzedać. Szkoda, że żaden z głuchych kretynów w wytwórniach płytowych się „nie dosłyszał” rzeczonego geniuszu…

Myopia wraz z „Simultaneous…” wzniosła się na poziom, który osiągalny jest dla nielicznych. To już nie kwestia komplikacji materii, ale raczej świadomości muzycznej, polegającej na dotarciu do sedna dźwięku (tu kłania się robota gitarzysty…). Nie sądzę, że ma sens dalej zagłębiać się w temat, bo kto chce, zrozumie, dla reszty zaś Myopia pozostanie jeno muzyczną ciekawostką. Trzecia płyta bielszczan to dzieło skończone, które nie potrzebuje niczego i nikogo, bo jest całkowicie autonomiczną jednostką, zrodzoną w innym wymiarze. Ale o tym jak zwykle traktuje równie odjechana historia, opowiadana przez zespół. O tym dowiecie się jednak w wywiadzie, jaki już niedługo pojawi się na naszych stronach…

Arek Lerch