MOROWE – „S” (WitchingHour)

Nowe dzieło Morowe to płyta, która potrzebowała czasu. Niczym wyjątkowy rarytas musiała dojrzeć by eksplodować pełnią smaków. Dziś gdy wreszcie jestem gotów podzielić się ze światem moją bardzo subiektywną opinią o tym albumie, uważam, że to materiał bardzo, bardzo dobry, choć na początku bywało różnie. Pierwszy kontakt spotkał się z barierą w postaci oczekiwań jakie spotęgowało odświeżenie przed premierą „S” debiutanckiego krążka i zwyczajnie, przy pierwszych odsłuchach, nie mogłem się do zmienionego oblicza tegoż tworu przekonać. Morowe wróciło inne, pozbawione wielu cech jakich można było od nich oczekiwać, ale jednocześnie wypełnione tym czego oczekiwali nieliczni lub nie oczekiwał nikt. Morowe dziś to twór odważny i w pełni wolny, podejmujący rękawicę i śmiało stający w jednym szeregu z tuzami alternatywnego i mimo wszystko nadal metalowego hałasu. A „S” to płyta więcej niż bardzo dobra.

Od pierwszych taktów instrumentalnego „W” słychać, że płyta będzie inna. O ile otwierające, właściwie intro, można jeszcze traktować jako wprowadzenie, które wprawić ma słuchacza w odpowiedni do konsumpcji materiału nastrój, o tyle kolejny, mocno niepokojący „W pokoju magii” od samego początku absolutnie wyprowadza z równowagi i czaruje. Pierwszy, cholernie masywny riff wali w głowę z siłą taranu, jest szorstko, ciężko, miażdżąco wręcz lecz początek numeru nie jest wyznacznikiem tego co zdarzy się w dalszej jego części. Ciężkie gitary rozjeżdżają się w bliżej nieokreślonych strukturach brzmień, pojawiają dźwięki dziwnie rezonujące w tle, które stają się często tematem z pierwszego planu. Mimo wielu dźwięków jest to numer niepokojąco spójny i płynący wręcz naturalnie dziwnym torem. Kolejne nuty jakie przygotowało Morowe na „S” podążają w kierunku jaki wyznacza właśnie „W pokoju magii”, ale z jednym, poważnym zastrzeżeniem. Głównym kierunkiem jest tylko i wyłącznie artystyczna wolność. Morowe dziś bawi się dźwiękiem i czerpiąc z bardzo odległych często wręcz o galaktykę, muzycznych krain tworzy kolaż, który hipnotyzuje i przyciąga niczym wszechświat. Można oczywiście próbować zdefiniować to co dziś gra Morowe, można rzucać mocno już zużytymi porównaniami do Furia, do całej masy post-metalowych tworów. Ba! Myślę, że można nawet mówić o tym, że dziś Morowe czerpie nawet z twórczości Neurosis czy Amenra. Można. Tylko po co? Mimo tego, że „S” to świetna płyta pełna doskonałej, dobrze skomponowanej i odważnie aranżowanej muzyki to i tak album ten byłby niczym bez otoczki w jaką został ubrany.Morowe

Niepokojąca, hipnotyczna i duszna; taka jest „S”. Dzięki temu, że klimat płyty jest bardzo niejednorodny, różne środki wyrazu znajdują tu dla siebie bardzo naturalne miejsce. Nawet w obrębie jednego numeru. Weźmy choćby taki „Wszechświat Przyciąga” – mamy tu dzikie blasty, ciężkie, rozjechane, gitarowe riffy i całą masę transu, melodii i fraz, których od ręki zakwalifikować się nie da. A wszystko spowite mgliście-hipnotyczną atmosferą, która nie pozwala na obojętność. Atmosfera jest tu swoistym wyznacznikiem wysokiej jakości.

„S” to płyta bardzo odważna gdyż twór, który osiągnął pewien sukces (jak inaczej powiedzieć o tym co działo się wokół Morowe po „Piekło…”) zawsze musi oprzeć się lub poddać pokusie nagrania materiału, który spełni oczekiwania fanów. Morowe jednak stworzyło poplątany i dziwny materiał, który zabiera nas w zupełnie inną podróż niż debiut. „Piekło…” to krótka impresja i w sumie jako całość bardzo przewidywalna, „S” to muzyczny wszechświat, który wciąga bez reszty. Do ostatniego dźwięku. Do ostatniego tchu…

Wiesław Czajkowski

Zdjęcie: Aga Krysiuk