MORDY – Homosucker (Nasiono Records)

Tegoroczna jesień przyniosła wiele bardzo interesujących premier, wśród których warto odnotować pojawienie się kolejnej płyty zespołu Mordy. Siódma pozycja w dyskografii tej intrygującej formacji przedstawia syntezę dotychczasowych wieloletnich poszukiwań i eksperymentów w szorstkich, niemal garażowych szatach.

Można „Homosuckera” skwitować jednym słowem: Trójmiasto. Klimat wiejący od morza słychać niemal od razu, a jeśli w dodatku nieobce są Wam dokonania takich formacji jak Ego czy Apteka, nowa płyta tej ekipy powinna przypaść Wam do gustu. Choć oczywiście pozostaje mały problem, komu może spodobać się ten materiał, zważywszy na szeroką skalę muzycznych inspiracji zespołu. Zaczynali od pionierskich, post rockowych poszukiwań na debiucie („Normalforma” z 2000r.), kiedy w zespole działał znany z Ewy Braun Marcin Dymiter. Kolejne płyty to zakrojone na szeroką skalę poszukiwania – krautrock, trip-hop, jazz, psychodelia, nowa fala. W zespole grali różni muzycy (np. trębacz Wojciech Jachna), zmieniały się konfiguracje i pomysły. Zawsze jednak zespół bazował na twardej, rockowej podstawie, i taki szkielet wypełniał bardzo różną treścią. Dzisiaj słyszymy kompletny materiał, który nawiązuje chyba do wszystkich okresów działalności, jednak sposób konstrukcji nie pozwala odczuć jakiejkolwiek muzycznej schizofrenii. Podane w surowej oprawie piosenki mienią się różnymi kolorami a jedynym zarzutem, jaki można mieć w stosunku do zespołu to niepotrzebne chyba nadużywanie języka angielskiego.mordy_band_photo_srgb_fot-tomasz-bergmann_smW zasadzie najmniej tu wspomnień z wczesnych lat działalności – post rocka wyczujemy jedynie w sposobie konstruowania gitar w „No Other Girl”; taki ukłon po latach traktuję jako swoisty sentyment do czasów, kiedy na początku nowego milenium Mordy okrzyknięto muzyczną sensacją. Dużo na „Homosucker” dzieje się w warstwie gitarowej, nawiązującej często do spuścizny Ranaldo i Moore’a („Lost It All”). Czasami Mordy serwują zaskakująco proste kompozycje, jak chociażby przebojowy utwór tytułowy czy „Individual”, oparty na niemalże house’owej rytmice. A przecież obok znajdziemy „Pięść Napięć”, gdzie rozbudowana forma kojarzy się z niemal progresywnym rozmachem. No i oczywiście cała masa garażowych brzmień, skumulowanych w drugiej części „Western Motel”. To oczywiście tylko sygnały, pokazujące kierunek działań, bo w tych utworach nierzadko można trafić na dużo ciekawych zwrotów akcji; znakomicie sprawuje się perkusista, który pokazuje, że rocka wcale nie trzeba grać w najprostszym metrum 4/4. A na koniec zespół pozostawił sobie wspomnienie flirtu z jazzem – dwuczęściowa kompozycja „Willow Tree” to brawurowy popis umiejętności, improwizacji, kierujących Mordy w stronę yassu. To zdecydowanie najciekawszy fragment, być może nieco odstający od reszty ze względu na konstrukcję i sposób grania. Wydaje się, że zespół zrywa się z łańcucha i dopiero w tym miejscu rozwija skrzydła. Co jest o tyle ciekawe, że przecież pozostałe kompozycje absolutnie nie sprawiają wrażenia zbyt ciasnego kołnierzyka. I być może to jest właśnie klucz do fenomenu tej grupy – umiejętność połączenia odmiennych światów w taki sposób, by słuchacz nie czuł się zdezorientowany. Czy to się udało? W moim odczuciu tak, choć obawiam się, że płyta może tu i ówdzie wzbudzić małe kontrowersje. Na pewno krzywdą będzie, jeśli przejdzie w tegorocznych zestawieniach bez echa…

Arek Lerch