MORD’A’STIGMATA – Dreams of Quiet Places (Pagan Records)

Mamy już za sobą trzy miesiące roku 2019, a póki co płyt, które można by określić jako te, których nie wypada nie znać, ukazało się jak na lekarstwo. No dobra, może nowy Blindead spełnia kryterium „niewypadalności”, ale poza „Niewiosną” jakoś trudno mi podać tytuł z roku 2019, którego premiera byłaby wydarzeniem. I na tym jałowym gruncie u styku zimy i eksplodujących alergią pierwszych ciepłych dni nowy album wypuszcza Mord’a’Stigmata, zespół ważny i nietuzinkowy, a w kontekście polskiej sceny nawet bardzo ważny. Jaki jest „Dreams of Quiet Places”? Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa, ale z pewnością jest to jeden z niewielu tytułów, którego tej wiosny naprawdę nie wypada nie znać.

W ostatnich latach zespół ten przyzwyczaił nas do tego, że traktuje muzykę w sposób bardzo otwarty, autorski i na dobrą sprawę myśląc dziś o „Dreams of Quiet Places” trudno jest założyć jakiej muzyki można się spodziewać, a przynajmniej ja nie umiałem wyrobić w sobie takiego przekonania. Dziś, po jak mniemam uważnej lekturze krążka, jestem pewien, że ta swoista otwartość wywołana brakiem ukierunkowania to jedyne słuszne podejście, które pozwala się w pełni cieszyć znakomitą, a jakże, muzyką w wykonaniu Mord’a’Stigmata.

Jeśli spojrzymy na „Dreams of Quiet Places” mając w pamięci dźwięki wypełniające „Hope” możemy odnieść wrażenie, że oba albumy nagrywał inny zespół. A przynajmniej ja tak to odczuwam. „Hope” dał nam muzykę chłodną, a może nawet zimną, wypełnioną skrajnymi emocjami i obojętną na słuchacza. Natomiast „Dreams of Quiet Places” odbieram jako materiał bardziej otwarty, wręcz zapraszający do odkrywania i tętniący życiem. Mniej tu pustki, mniej przejmującego chłodu a więcej hmm… energii. Nie, to chyba jednak złe określenie. Kompozycje są zdecydowanie krótsze, co może sugerować, że zespół postawił mocniejszy akcent na dynamikę, ale to nie energia i dynamika są dominującą wartością, które decyduje o odbiorze. Nadal są to emocje, które grają pierwsze skrzypce, a to, że ujęte są w nieco inne dźwiękowe ramy to nawet lepiej. Gdyby Mord’a’Stigmata uraczyła nas kolejnym wyalienowanym „Hope”, zacząłbym się obawiać o stan psychiczny chłopaków.M'A'S

Rozważania na temat ile jest dziś na „Dreams of Quiet Places” black metalu czy nawet szerzej – metalu, uważam za zbędne. Otwarta forma, jakiej oddaje się ten zespół, wyklucza wręcz tak jednowymiarowe postrzeganie. Weźmy pierwszy z brzegu „Between Walls of Glass”; zaczyna się bardzo spokojnie, przestrzennie, psychodelicznie. Gdy nasycamy się jednym elementem, zespół dorzuca kolejny budując bardzo emocjonalną i ciekawą strukturę, od której nie można się oderwać. Kunszt kompozycyjny jest tu, nie obrażając nikogo, wręcz progresywny. Ale jednocześnie słychać też moc i ciężar dopełniające przestrzeni. Wiem, że czytając te słowa można powiedzieć  „ej, przecież oni już tak grali”. Ok., grali podobnie, wykorzystywali już te elementy, ale dziś budują z nich bardziej świadomą układankę, której pełne poznanie to zadanie na wiele godzin pasjonującej podróży w świecie dźwięków. Każdy kolejny numer jest jak następny rozdział opowieści, który wprowadza nas coraz głębiej w świat „Dreams of Quiet Places”. Muzycznie jest to płyta koncepcyjna pełną gębą.

Czasem mówi się, że zespół udowadnia swoją wartość na drugiej czy trzeciej płycie, ale w gruncie rzeczy to każde kolejne wydawnictwo weryfikuje siłę twórczą artysty. Mord’a’Stigmata jest dziś w gazie. Grają swoje i po swojemu, a to dla mnie jest największą wartością. Nie bywam na koncertach zbyt często, ale pamiętam występ tego zespołu sprzed kilku ładnych lat, z trasy z Morowe, i na podstawie tego jak wówczas udało im się stworzyć genialną atmosferę, dziś jestem pewien, że z tym materiałem zaczarają publikę Roadburn Festival od pierwszego dźwięku.

Płyta, której nie wypada nie znać.

Wiesław Czajkowski