MORD’A’STIGMATA – Ansia (Pagan Records)

Dobra muzyka musi powstawać z dala od tzw. ośrodków kultury, biznesu. Słowem – daleko od wielkiego świata, bo ten świat już dawno się skurwił i nic dobrego dać nie może. Wniosek pojawia się w mojej skołatanej głowie zawsze, kiedy docierają do mnie krążki zespołów takich jak Mord’A’Stigmata. Trzeci długograj ekipy Statica ukazuje potężną wyrwę, ziejącą między nowymi nagraniami a poprzedzającą je płytą Antimatter. „Ansia” przenosi nas w ponury świat transów i rytuałów, z nutką okultyzmu w tle.

Bardzo się cieszę, że choć raz miałem rację. Pamiętam, że kiedy usłyszałem debiut ekipy, byłem pewien, że mimo braku jakichś większych sukcesów, zespół rozwinie się w nietuzinkowy sposób. „Ansia” jest tego dobitnym potwierdzeniem. W wywiadzie, jaki przeprowadziłem z zespołem podczas promocji drugiej płyty „Antimatter”, muzycy mówili o rozbijaniu kokonu. Dzisiaj widać, że nie były to puste słowa, ale świadoma deklaracja, która właśnie stała się ciałem.

„Ansia” to pięć utworów, których długość wspina się aż do 13 minut, co uświadamia słuchaczowi, z czym ma do czynienia. Praktycznie jedynie zamykają4ca płytę, tytułowa koda to nieco ponad dwie minuty ambientowego oczyszczenia po dźwiękowej masakrze, jaką fundują zasadnicze kawałki. Muzyka została ciekawie rozplanowana. Otwierający zestaw „Inkaust” (którego możecie posłuchać, czytając rozmowę z zespołem) zwodniczo atakuje blastami, sugerując, że grupa nadal tkwi w kręgu dm/bm. Dopiero w połowie utworu następuje załamanie i wkraczamy w czarny świat rytualnego odjazdu. Podobnie, kończący właściwą część płyty, czwarty w kolejności „Praefatio Pro Defunctis” żegna się z nami powrotem metalowej rzezi, zamykając koncept klamrą, informującą, z jakiego świata zespół się wywodzi. To ważne, bo pomiędzy rozgrywa się zupełnie inna bajka, świadcząca o tym, że Morda w metalowych szatach czuje się cokolwiek ciasno.

W zasadzie traktuję płytę jako swego rodzaju, pokrętną grę, jaką zespół prowadzi ze słuchaczem, lawirując między głębokimi pieczarami, dotykając co bardziej awangardowych odłamów black metalowej sztuki (wiadomo – Francja…), to znowu składając hołd Neurosis i plemiennym rytuałom, skąd blisko do poszukiwań niejakiego Michaela Giry. Jednocześnie grupa zachowuje pełną spójność brzmieniową, bazując głównie na tradycyjnym instrumentarium. Najlepsze momenty płyty? Hipnotyczna, druga część „Shattered Vertebrae of the Zodiac”, świetne aranżacje w „Pregressed”, łączące klimat z mocniejszymi, gitarowymi pasażami, załamanie w piątej minucie „Inkaust”, praca perkusji we wszystkich numerach… W zasadzie w każdym momencie słychać, że grupa wykonała tytaniczną pracę, by stworzyć monumentalne dzieło, stanowiące kolejny krok w poszukiwaniach muzycznego absolutu. Którego, na szczęście, nie znalazła, bo to oznaczałoby koniec podróży.

Zastanawiam się często, czy poszukiwania byłych/zatwardziałych metalowców wynikają z faktu, że formuła tego gatunku powoli się wyczerpuje, docierając do ściany, po uprzednim, kazirodczym połączeniu z każdym chyba odłamem hałasu i nie tylko… „Ansia” to przykład wyzwolenia z okowów, ale też, żeby być szczerym, lekko niepewna próba wymyślenia czegoś zupełnie nowego. Stąd też zapewne odważne poszukiwania, które grupa kieruje nawet na jazzrockowe poletko, by chwilę później czmychnąć znowu w stronę przytulnej i bezpiecznej, metalowej niszy. Oczywiście, procentowa zawartość metalu na „Ansia” świadczy, że Morda spod (metalowej) spódnicy dawno się wyrwała i ma potencjał, żeby zdziałać dużo więcej, niż możemy usłyszeć na trzeciej płycie. Jednocześnie dużo bardziej doceniam właśnie M’A’S, niż opisywany gdzieś obok, równie dobry Blindead, bo to ekipa Statica udowodnić musi, że poza metalowym poletkiem radzi sobie równie dobrze i jej wysiłki nie są jedynie karykaturalnymi próbami a konkretną propozycją na światowym poziomie. Zdaję sobie sprawę, że Morda nadal znajduje się „w drodze”, co pozwala mi bez obaw cieszyć się „Ansia”, mając pewność, że kolejna płyta będzie jeszcze większym zaskoczeniem.

Arek Lerch