MIRACLE – The Strife of Love in a Dream (Relapse)

Spoglądając na kazus Miracle, zastanawiam się, czy gdyby nie uznane nazwiska stojących za projektem artystów, ten zdołałby choćby czubkiem nosa wychynąć z głębokiego podziemia. Broń Boże nie odbieram temu krążkowi – ani tyle jego poprzednikowi – klasy. Rzecz w tym, że kiedy twórcy pokroju włoskiego Confrontational pozostają domeną niszy, tort celebrujący dzisiejszą modę na synthpopowe wygibasy dzielą między siebie bardzo nieliczni szczęśliwcy. Innego określenia użyć nie mogę – ostatecznie, mowa o poletku bogatym w nazwy o podobnej dojrzałości i podobnym wykonawczym poziomie, które to warunki jak żadne inne faworyzują grupy mogące liczyć na nieco… ułatwiony start. Koniec narzekań, bo podobne niesprawiedliwości można odnaleźć w obrębie każdej innej niszy, dodatkowo: nie chciałbym, by te rozważania przyćmiły całą dobroć „The Strife of Love in a Dream”. A przecież jest co chwalić.

Miracle – projekt tworzony przez Steve Moore’a i Daniela O’Sullivana – debiutował w 2013 roku dobrze przyjętą płytą „Mercury”. Ba, Pitchfork piał, że to album nie tyle czerpiący z kanonu, co do niego aspirujący. Że wszystkie te zachwyty były nieco przesadzone, najlepiej widać z perspektywy kilku lat: nowy krążek to bowiem rzecz o mocno zarysowanej tożsamości i o wiele od poprzednika dojrzalsza. „Mercury” to płyta dosyć jasna w wymowie, co w prostej linii wynika z faktu, że pierwotnie Miracle stanowić miał taneczny, w pełni instrumentalny projekt. Tamte utwory nasączone były przebojowością i światłem. Jeżeli melancholijne, to w sposób, w jaki melancholijne jest całe new romantic – można szukać w nim śladów smutku i one nawet gdzieś tam są, tyle, że są trochę mimowolnie, stanowiąc tylko margines, jakiś uboczny produkt.

Za sprawą „The Strife of Love in a Dream” duet wybija się na niepodległość i odnoszę wrażenie, że jest to fakt istotny nawet nie tyle w kontekście dalszej drogi Miracle, co… życia artystycznego każdego z twórców z osobna. Moore nazwisko wykuł na wojażach z Zombi, który jest tworem o tyle specyficznym, że stanowi czysty „Goblin worship”. O niemal ślepym zapatrzeniu we Włochów dużo mówi pewna anegdota z trasy; otóż rzekomo muzycy, będąc w drodze okrągły rok, każdy kolejny dzień zaczynali pierwszym studyjnym długograjem Goblin, tj. „Roller”. Przypadek podobny do tego Pinkish Black: muzyka klasowa, lecz przeraźliwie wtórna. O’Sullivan zaś uznanie znajdował dotychczas wyłącznie będąc w gościach (pozwolę sobie wymienić tylko Ulver, Sunn O))) czy Æthenor), podczas, gdy prace w macierzystych zespołach przechodziły raczej bez echa. Miracle to dla obu panów dobra okazja do sprawdzenia się w samodzielnych bojach oraz stworzenia od zera nowej jakości na scenie. Nie spodziewam się, by było dla nich ostatecznym, twórczym domem, jako, że obu niezmiennie nosi. Mowa raczej o swego rodzaju weryfikacji.Miracle

„The Strife of Love in a Dream” to płyta lepsza, bo różnobarwna. Zdecydowanie więcej na niej prawdziwego mroku. Do głosu dochodzą filmowe inklinacje Moore’a, budując obraz propozycji dziwniejszej, bardziej szorstkiej w obyciu, zasysającej. Co najciekawsze, mamy tutaj i rozmyślnie toporny horror klasy C („Parsifal’s Gate”), i skrzypiąco – trzeszczącą intrygę w postaci „Night Sides”. To jednak tylko jeden odcień tego krążka, bo przecież neworderowe „Light Mind” albo pachnące depeszami „Dreamours” uderzają w lżejsze, przebojowe tony. Nie ma tu, natomiast, miejsca na charakterystyczne dla debiutu światło – wszystkie numery, czy te filmowe, czy bardziej piosenkowe, naznaczone są melancholią, i właśnie ta ciemna tkanina spaja wszystko w jedno, czyniąc „The Strife of Love in a Dream” pięknym monolitem. Nie znika nawet, gdy Miracle za sprawą „Angelix” ruszają w jakieś ambientowe podróże. Przepowiednie hipsterskich proroków spełniają się z lekkim opóźnieniem, ale spełniają – i to jest w tym wszystkim najistotniejsze.

Adam Gościniak