MERKABAH – Million Miles (Instant Classic)

Warszawska załoga wybrała sobie znakomity termin na premierę płyty – nikt nie przeoczy jej w zestawieniach rocznych, co stanowi dobre otwarcie na kolejnych dwanaście miesięcy. I byłoby to zwyczajnie złośliwe podsumowanie „Million Miles”, gdyby nie drobny, choć znaczący fakt – Merkabah dał nam do ręki swoje najlepsze, z pietyzmem dopracowane i rewelacyjnie brzmiące dzieło, które w dodatku kusi kilkoma nowymi, smakowitymi tropami.

Spiesząc z wyjaśnieniami – celowo opóźniałem wklepanie tego tekstu, zwlekałem z podzieleniem się opinią o najnowszym dziele Merkabah. Nie dlatego, że szło mi opornie, chciałem raczej dać tej płycie czas, zamiast z wywieszonym ozorem gonić na pozycję „Album Tygodnia”. Często doświadczenie pokazywało, że przyspieszenie recenzji jej nie służy, a po kilku przesłuchaniach więcej optyka się zmienia. Tak było z „Million Miles”. Ta płyta musiała osiąść w mojej głowie, wywalczyć dla siebie miejsce. Przede wszystkim dlatego, że zmagała się z oczekiwaniami i tym wkurwiającym kontekstem, stawiającym Merkabah – ad hoc – na piedestale współczesnej, polskiej alternatywy. A to wzbudzało opory i prowokowało kolejne pytania. Nie powiem, że osobista znajomość z zespołem pomagała, bo raczej unikam mieszania tych dwóch światów. Bo załoga to kolorowa, sympatyczna i ciekawa, także z towarzyskiego punktu widzenia; pisząc dobrze narażam się na zarzuty kolesiostwa itp., krytykując także będę posądzony o różne rzeczy, ale nic to, bo dzisiaj jestem z „Million Miles” pogodzony, wiem co mi się podoba, a co mniej, jednak minusy są tak małe, że nie przesłaniają plusów.mrkb001

Zastanawiałem się też długo, czy wyróżniać poszczególne pieśni, jednak na dzień dzisiejszy kupuję płytę jako całość, kompletny, choć zróżnicowany materiał, który dostarcza wielu wrażeń i na pewno nie jest płytą na jedno przesłuchanie. Ba, myślę, że za parę miesięcy zupełnie inne elementy zwrócą moją uwagę. Zespół wykonał tytaniczną pracę, pakując na płytę całą masę brzmieniowych bakalii, momentami wydaje mi się, że jest tu wręcz za dużo wszystkiego, nie sposób okiełznać płyty za pierwszym razem i z tej pierwotnej konfrontacji w głowie pozostaje szum. Po dłuższym zastanowieniu – choć nadal pozostaję fanem tych spokojniejszych, ocierających się o jazz (rewelacyjne momentami harmonie) i awangardę fragmentów – uznaję, że grupie udało się – w stosunku do starszego dziecka – zrównoważyć hałas i techniczne łamańce z klimatem. Tego ostatniego jest tu pod dostatkiem, zaś najważniejszą cechą płyty jest to, że potrafi porwać w długi, wciągający trip, zniewala i hipnotyzuje. Warto zwrócić uwagę na aspekt melodyczny, bo pełno tu zagrywek wwiercających się w ucho, pełno świetnych rytmów i dysonansów, które są znakomicie wyważone, przez co nawet te najgęstsze aranże nie bolą. Wizjonerstwo pojawia się za to w momentach, kiedy w muzykę Merkabah wkracza przestrzeń, kiedy zaczynają bawić się w kolorowanie muzyki, rezygnując z potężnego pompowania. Te miejsca, kiedy Kuba porzuca zestaw perkusyjny na rzecz elektroniki i przeszkadzajek, kiedy wszystko zwalnia i rozmywa się w psychodelicznych kolorach, stają się magiczne. Z drugiej strony, nowa płyta warszawiaków zadowoli także tych co lubią łamańce, techno – noise’owe doładowania, jednak warto dodać, że dzięki studyjnej obróbce grupa ani na moment nie traci muzyczności. Wspomniałem, że nie chcę nikogo wyróżniać; trochę się jednak złamię, chyląc czoła przed Rafałem Wawszkiewiczem – saksofonista Merkabah wykonał na tej  płycie ROBOTĘ, nagrywając zapewne saxy swojego życia. A za temat zdobiący zamykającą płytę kompozycję „Ex-Imperial” ma dwie wódki i coś nielegalnego na ząb.

Na zakończenie dodam tylko, że – mimo wszystko – ta płyta wymaga czasu, który potrzebny jest na okiełznanie licznych wątków, pomysłów i brzmień, momentami wydaje mi się, że mogłoby być więcej powietrza kosztem hałasu, ale może tak działa moja psychika i aktualne preferencje muzyczne. W sumie, minimalizmu dostarczył w tym roku Lotto, zatem, niech bogactwo brzmieniowe pozostanie dla Merkabah. Gratulacje.

Arek Lerch