MASACHIST – Scorned (Selfmadegod)

Polska death metalem stoi i nikt nie wmówi mi, że lateksowo – botoksowe towarzystwo z jukendens i tym podobnych gówien może być postrzegane jako szołbiznesowe dobro tego kraju. Oczywiście, nie każdy musi fascynować się hałasem, jednak warto chociaż odnotować fakt, że metal przestał być rozrywką dla podpitych nastolatków. Dzisiaj to ekstraklasa europejskiego hałasu i duma, przynajmniej dla maniaków ekstremy. O tym, że sztuka ta maturę ma dawno za sobą i właśnie z powodzeniem obroniła magisterium świadczy najnowsze, drugie dzieło Masachist – „Scorned”.

Nazwanie Masachist supergrupą miało moim zdaniem sens w przypadku pierwszej płyty. A to dlatego, że sam materiał był… ok., poza tym – trudno było wówczas rokować co do dalszych losów zespołu. Dzisiaj, dzień po premierze „Scorned”, wiadomo, że mamy do czynienia z ZESPOŁEM z prawdziwego zdarzenia (tym bardziej, że skład nie uległ żadnej modyfikacji…), który w dodatku nagrał płytę nie tylko lepszą od debiutu, ale wybijającą się ponad detah metalową, krajową stawkę.

Od razu warto też zaznaczyć, że nadal mamy do czynienia z rasowym death metalem, bez żadnych, dodatkowych i niepotrzebnych naleciałości. Thrufel i koledzy dokładnie wiedzą, jak należy taką muzykę grać i czego trzeba unikać. Jednocześnie doświadczenie muzyków spowodowało, że mamy tym razem śmiertelną substancję oczyszczoną i wydestylowaną. Czyli zawierającą dokładnie takie dźwięki, jakie są potrzebne, bez zbędnych ozdobników, bez niepotrzebnego a tak popularnego w tym środowisku, instrumentalnego onanizmu. Wszystko jest tu dokładnie przemyślane, poukładane i cholernie dobrze zagrane. Sekcja pruje do przodu, miele i jeśli nawet Daray gra prościej niż zwykle, to i tak potrafi przemycić jakieś pomysły rodem ze szkoły Dereka Rody (użycie podwójnego werbla…). Thrufel z kolei napisał (zagrał?) riffy, które łączą w sobie klasykę, wściekłe, zimne schizowanie w stylu Hate Eternal z bardzo ciekawymi pomysłami harmonicznymi. No i solówki, które zostały na płycie potraktowane indywidualnie, choćby przez wyselekcjonowanie brzmieniowe (partie solowe ustawione zostały w środkowym, monofonicznym paśmie).  Poza tymi wszystkimi, technicznymi sprawami, nowa muzyka Masachist broni się żywiołowością i dużym zróżnicowaniem. Płyta spięta jest klamrą w postaci znakomitych, miażdżących kolosów „Drilling The Nerves” i zamykającego stawkę „Inner Void”.  Zespół brzmi tu faktycznie jak pancerna machina, gniotąca wszystko na swojej drodze. A pomiędzy jest sporo jak zwykle szybkich, najeżonych blastami kawałków, z których na dzień dzisiejszy ulubiony to „Liberation” wraz z kodą ( czyli „Liberation II”). Tuż za nimi plasuje się „Opposing Normality”…  Najlepsze jest jednak to, że słuchając płyty nie czuje się, że mamy do czynienia ze zblazowanymi gwiazdami, które z niejednego pieca chleb jadły; wręcz przeciwnie – zespół brzmi świeżo i wyziera z niego chęć mordu. Czyli dokładnie to, co jest potrzebne, by death metal miał sens. Do tej stawki dochodzą ciekawe teksty, o których więcej przeczytacie w wywiadzie z ich autorem

Nie powiem, że Masachist zrewolucjonizuje death metalowe poletko. Może nie, ale na pewno jest solidnym bramkarzem strzegącym jego niezależności i motywacji do samo-rozwoju. Na koniec pozostaje mi tylko jedno – radość, że w XXI wieku, kiedy już kilka razy death metal został osadzony i skazany na – nomen – omen – śmierć, nadal powstają płyty, które z dumą postawię sobie na półce. Bez zbędnej agitacji – bierzcie i jedzcie, to jest…

Arek Lerch