LOWER – Seek Warmer Climes (Matador/Sonic)

Usłyszałem ostatnio stwierdzenie, że w dniu dzisiejszym nie ma już czegoś takiego jak oryginalna muzyka. Są tylko zespoły, które w inteligentny i ciekawy sposób potrafią korzystać ze zdobyczy swoich poprzedników. Jeśli przyjąć taką definicję za punkt odniesienia, kopenhaski Lower jest genialnym potwierdzeniem powyższej teorii. Na „Seek Warmer Climes” w zasadzie nie ma niczego nowego, jest za to całkiem fikuśne zestawienie kilku elementów, pozornie dobrze nam znanych. Skutkiem tego jest płyta, która intryguje i drażni, zwracając na siebie uwagę. Czego chcieć więcej?

Może jedynie lepszej (innej?) okładki, bo ta, zdobiąca krążek jest zdecydowanie nieadekwatna do dźwięków. Pierwszy kontakt z muzyką to poczucie kompletnego chaosu. Szalejące, tłukące głucho bębny, zgrzytliwe gitary i pozornie atonalne, zawodzące wokalizy nie nastrajają pozytywnie. Na pewno nie jest to muzyka przyjemna i klarowna. Brzmienie – moim zdaniem, pozbawione masteringu – eksponuje surowy, pozbawiony niepotrzebnego dopieszczania twór, który ma w sobie coś irracjonalnie punkowego. Nie chodzi jednak o punka w sensie kompozycyjnym, ale raczej mentalnym. „Seek…” brzmi zajadle i totalnie olewczo jednocześnie. Kawałki są konstruowane liniowo – lecą sobie do przodu, sprawiając wrażenie, że każdy z muzyków gra co mu się akurat w danym momencie podoba. Tajemnicą kwartetu pozostaje, jak to wszystko trzyma się kupy. Bo się trzyma i to całkiem nieźle. Schody zaczynają się w momencie, kiedy uświadomimy sobie rozpiętość teoretycznych inspiracji, jakie można na „Seek…” usłyszeć.Lower Band

Wyobraźmy sobie zatem The Velvet Underground, gdzieś z okresu „White Light/White Heat” kumający się z wczesnym New Model Army („Lost Weight Perfect Skin”) – ta intensywność niemal rozstrojonych gitar, zestawionych ze śpiewem, przechodzącym w drażniące zawodzenie (Adrian Toubro ma w sobie coś dramatycznego i jestem wstanie uwierzyć, że cierpi…) i pijana motoryka, generowana przez pałkera robią swoje. Jednocześnie mam wrażenie, że jest tu coś z dekadenckiej narracji „Pornography”, zresztą duch Roberta S. unosi się całkiem wyraźnie nad takim „Unkempt, Uncaring”. Z kolei w „Expanding Horizons” zespół całkiem ciekawie łączy noise’owy zgiełk z niepokojącą, „divisionowatą” aurą. Niepokój, to kolejne słowo-klucz, dobrze płytę definiujące. Mamy zatem gotycki noise (fuj…), dorzućmy więc do pieca „Craver”, gdzie pobrzmiewa stara alternatywa zza oceanu i bardzo wyraźny ukłon w stronę Fugazi czy Sonic Youth – praca gitar nie pozostawia złudzeń co do inspiracji – te zgrzyty są faktycznie smakowite, choć niewyrobionego słuchacza mogą co najwyżej przyprawić o ból głowy. Wszystkie, wymienione wątki spina gra pana Antona Rothsteina, którego bębnienie stoi na skraju paranoi – od plemiennego dudnienia, po rozchwiane, nieskoordynowane rytmy. Pięknie pasujące do poczynań pozostałych kolegów.

Sam nie wiem, jak to możliwe, że całość brzmi spójnie i po jakimś czasie całkiem logicznie się układa, choć śmiem twierdzić, że płyta będzie doskonałą ilustracją teorii, w myśl której rockowi muzykanci są po prostu głusi i nie potrafią stroić swoich instrumentów. Duńczycy znaleźli świetny sposób na restaurację zblazowanego gotyku, poprzez odarcie go z piekła melodii i czarno – koronkowego sztafażu, co czynią za sprawą kroplówki noise’owego, gitarowego dysonansu. W dodatku ze swadą pijanego punkowca.  Czyli wychodzi z tego jedna z bardziej chorych płyt ostatnich miesięcy.

Arek Lerch