LOTTO – VV (Instant Classic)

Czekaliście? Zapewne tak. Bo fenomen Lotto w minionym roku, po premierze „Elite Feline” był rozpatrywany przez media podziemne, niezależne, ale też poważne i uznane „duże” tytuły. I każdy, jak jeden mąż chwalił, rozkładał, analizował, achom i ochom nie było końca. Trudno się dziwić, bo wspomniana płyta rewelacyjna była i ustanowiła nowy podział na scenie tzw. transowego grania. Dlatego na kontakt z następcą tejże produkcji czekałem z dużą nadzieją, ale też i niepokojem, bo mało któremu zespołowi udaje się dwa razy z rzędu wbić na olimp.

No i faktycznie, opisując swoją przygodę z „VV”, czyli, jak na własny użytek płytę nazwałem – „volkswagenem”, muszę przyznać się do tego, że początek był dramatyczny. Nie będę się rozwodził nad oczekiwaniami, ale na dzień dobry chciałem płytę wyrzucić. Prawie popłakałem się, że oto mój ulubiony zespół, który zainspirował mnie do wielu rzeczy, nagrał coś, co kompletnie rozmija się z moją wizją. Traf chciał, że dostałem zlecenie na wywiad do pewnego hałaśliwego magazynu i to zmusiło mnie do podjęcia prób zrozumienia „VV”. Zapewne będę jedynym dziennikarzem, który miał z nową muzyką Lotto problem, jednak dzisiaj mogę z ulgą powiedzieć, że w końcu nastąpił błysk, coś zaskoczyło i płyta wreszcie otworzyła przede mną swoje podwoje.Lotto band

Co nie zmienia faktu, że nadal uważam, iż materiał ten jest wynikiem przekory muzyków Lotto, którzy w odpowiedzi na wszystkie zeszłoroczne awasne, postanowili uciec w zupełnie innym kierunku, licząc, że prawdziwi maniacy ich twórczości zrozumieją to i podążą za nimi. Pewnie tak się stanie, jednak nowe dzieło, zachowując oszczędny, cholernie transowy kurs, jest jednocześnie pokazem całkowitej destrukcji kompozycji, nobilitującej do rangi sztuki nawet nie minimalizm a swego rodzaju prymitywizm brzmieniowy. O ile na „Elite Feline” słychać było kunszt wykonawczy, o tyle na „VV” zespół celowo unika jakichkolwiek typowo wirtuozerskich zagrywek, skupiając się na maniakalnym wprowadzaniu swojej machiny we wspomniany trans. Paweł Szpura, jeden z najciekawszych pałkerów w tym kraju, chowa się za ścianą szumu generowanego przez Łukasza Rychlickiego, który częściej niż gitary używa basu i efektów, kontrabas Majkowskiego stęka delikatnie, pulsując gdzieś w tle. Na pierwszy plan wysuwa się momentami niemal noise’owe rozedrganie, a jeśli już pojawi się wyraźniejszy rytm, to, jak w przypadku „Paperchase”, jest drażniący, spotęgowany przed dubowy pogłos. A wszystko po to, by słuchacz mógł skupić się na meritum – zamiast kontemplować artyzm zespołu, dostaje pierwotną, perfekcyjnie wydestylowaną, mieniącą się różnymi odcieniami hipnozę.

Najlepsze momenty? Wybrany na tzw. singiel „Heel” z „kolejową” motoryką i otwierający płytę „Soil” z mistrzowsko dawkowanym pulsem, wyłaniającym się powoli spod szarej, drone’owej mgły.

Lotto ponownie udowodnili, że wyprzedzają krajową konkurencję o dwie długości, grają w swojej lidze i zamiast schlebiać publiczności, wystawiają jej cierpliwość na szwank. Chyba nie skłamię, stwierdzając: płyta genialna, do długiej kontemplacji, zdecydowany numer jeden w tegorocznej ofercie Instanta.

PS. Zderzenie z „Million Miles” jeszcze przede mną…

Arek Lerch

Zdjęcie: Dawid Gąsiorek