LONKER SEE – Split Image (Music Is The Weapon)

I znowu Trójmiasto wygrywa starcie. W kategoriach eksperymentu, mroku, otwartych głów i hipnotyzującej psychodelii. Czyli… wiatr od morza namieszał w głowach i poprzestawiał układankę. W każdym razie – jeśli szukacie czegoś wciągającego niczym twarde dragi, macie dużo czasu i lubicie szwendać się po dźwiękowych labiryntach, płyta „Split Image” Lonker See spełni wasze oczekiwania.

Nowe dzieło ekipy dowodzonej przez Joannę Kucharską i Bartosza Borowskiego to rzecz poważna i takiego podejścia wymaga. Bo zbyt lekkie potraktowanie materii dźwiękowej może skończyć się ciężką depresją. Ważny jest kontekst. Zespół zaczynał swoje zabawy jako projekt parający się głównie wszelkiej maści dronami i hałasem totalnym. Dołączenie do składu perkusisty i na ostatniej prostej  – saksofonisty nie zmieniło zasadniczo ochoty muzyków do nurzania się w dźwiękowym bagnie, co najwyżej owo błoto uszlachetniono. Cztery zawarte na płycie utwory to esencja słowa „hałas”.LS 4

Już otwierający stawkę „Claimed by the Forest” bardzo dużo mówi o płycie – wszechogarniająca psychoza, gitarowy szum i błądzący w tym lesie saksofon bardzo precyzyjnie określają kierunek poszukiwań, choć jeszcze nie zdradzają wszystkich inspiracji, stanowiąc raczej pomost do zespołowej przeszłości. A kiedy pod koniec numeru wchodzą do gry miarowe, plemienne bębny, jesteśmy w domu. Czy tak będzie wyglądał doomsday jazz? Czy może jak upiornie szugejzowy, puchnący od sprzężeń i budzący skojarzenia z psychotycznymi pejzażami The Poisoned Glass utwór „Solaris pt. 1&2”? To w zasadzie jedynie przyczynki do zespołowego opus magnum pod postacią trzyczęściowego utworu tytułowego. W 21 minutach zespół przedstawia własną koncepcję muzyki totalnej. Połączenie budzących grozę pejzaży a la Gnaw Their Tongues z opętanym, grającym gdzie w tle, improwizowanym saksofonem budują zupełnie nową jakość. Takie zestawienie może zastanawiać. Np., co siedzi w głowie Tomasza Gadeckiego, że tak bezproblemowo i z gracją porusza się w tej piekielnej gęstwinie? W rzeczonym numerze równie dobrze poczyna sobie perkusista, który momentami zapomina o generowaniu konkretnej motoryki, także rzucając się w wir improwizacji. Jest i noise w drażniących sprzężeniach, jest upiorny śpiew Joanny (znowu shoegaze się kłania…) a wszystko – i tu mój szacunek jest zaiste wielki – zostało bardzo sprawnie i z głową zaaranżowane, tworząc coś w rodzaju, hmmm, suity.

Nie sądzę, że ta muzyka przypadnie wszystkim do gustu. W dodatku trzeba mieć niezłe samozaparcie, żeby utrzymywać przy życiu zespół, który przecież nie stanie się częstym bywalcem openerów i tym podobnych spędów. Ale nic to, bo dla wtajemniczonych będzie powodem do dumy. To nasze, polskie i to nie jest ostatnie słowo! Czego oczywiście życzę Lonker See. Dzisiaj jest szamański noise jazz na swans’owych resorach. Jutro będą grać na ostatniej stypie po ginącym świecie.

Arek Lerch