LONKER SEE – Lonker Seessions/Live at Pijana Czapla (MITW)

Długo myślałem nad tym, jak zacząć tę recenzję. Od frazesu, że kondycja polskiej tzw. muzyki niezależnej, zwłaszcza z pogranicza improwizacji, jest od pewnego czasu wyjątkowo dobra? Każdy, kto chociaż pobieżnie interesuje się polskim niezalem (nie lubię tego określenia, ale niech już będzie) – a domyślam się, że w większości to właśnie takie osoby będą czytać ten tekst – zdaje sobie z tego sprawę. A może by tak nakreślić pokrótce to, co Lonker See ma już w dorobku – czyli świetny „Split Image” oraz wcale nie gorszy, chyba jeszcze głośniejszy split z ARRM? A może, tak po prostu, pieprzyć jakiekolwiek wstępy? Skoro „Lonker Seessions” może się obyć bez wstępu, tak i ten tekst zupełnie go nie potrzebuje.

Od dłuższego czasu próbuję ten album osłuchać, okiełznać, spróbować wepchnąć w jakieś ramy i wedle nich ocenić. Niestety, nie udaje mi się to. Nie udaje mi się to dlatego, że „Lonker Seessions” jawi mi się jako żywioł, którego opanować nie sposób. To muzyka tyleż prosta, powtarzalna i mantryczna, co zaskakująca i nie dająca spokoju. Przede wszystkim jednak, najnowszy album Lonker See niepokoi i to niepokoi bardzo. Tak jest w otwierającym „Dark Mother”, gdzie od początku czuć, że kroi się coś gęstego, a każdy kolejny dźwięk niemal przeraża – aż do kulminacji z partiami wokalnymi Asi Kucharskiej, wnoszącymi jakby pozorny, ale jednak spokój. Spokoju nie zaznamy natomiast w zamykającym pierwszy krążek „New Down”, gdzie na tle prostego, ale bardzo chwytliwego motywu gitary wariują zarówno saksofon Tomka Gadeckiego, jak i bębny Michała Gosa. Popis tej dwójki to jednak przede wszystkim utwór numer dwa, będący czystym, free jazzowym szaleństwem i przy okazji chyba jedynym momentem całego albumu, kiedy można chociaż na chwilę odpocząć od przygniatającej duchoty „Lonker Seessions”. Dokładnie – to bardzo duszny materiał, gęsty, mroczny. Ciągnący się na bad tripowych, krautowych wycieczkach, często uciekający się do kwaśnych, space’owych motywów, podlany odpowiednią ilością brudnej psychodelii. Rozimprowizowany, pewnie, ale w równym stopniu poukładany, przemyślany i spójny. Przede wszystkim jednak jest to muzyka mająca w sobie tajemnicę, nie pozwalająca na poczucie komfortu, drażniąca, zmuszająca do pełnego skupienia. Intrygująca, ale nie irytująca.LONKER_BIG - foto Paweł Jóźwiak

Na drugim krążku Lonker See przygotowali zapis koncertu z olsztyńskiej Pijanej Czapli. To również bardzo ciekawy materiał, oparty na fragmentach „Split Image” i „Midnight Sun”, ukazujący zespół (znów określenie, którego nie lubię, a które pasuje jak ulał) jako sprawną, koncertową maszynę. Co ciekawe, między Lonker See ze studia a Lonker See live nie ma wcale dużej różnicy, co tylko dodatkowo świadczy o wybitnie koncertowym charakterze tej muzyki i o tym, jak bardzo ciągnie ją na scenę. Na scenę, czyli miejsce, gdzie oblicze tej muzyki staje się najpełniejsze i jeszcze bardziej wyzwolone.

Nie za bardzo wiem, skąd w naszym kraju tak dobra koniunktura na tego typu muzykę. Opartą na improwizacji, transie, ale też przy tym będąca muzyką mroczną, tajemniczą i niezbyt optymistyczną. Może to po prostu jakaś naturalna reakcja na naszą odwieczną sytuację geopolityczną? Czyżby to przygnębienie i wkurwienie było jakimś stałym atrybutem polskości? A może to tylko kwestia zdjęcia klapek z oczu i dostrzeżenia, że polska alternatywa to coś dużo więcej niż Męskie Granie?

Michał Fryga

Zdjęcie: Paweł Jóźwiak