LONKER SEE – Hamza (Antena Krzyku)

Wykonanie czegoś w rodzaju twardego resetu w środku kariery to coś na co mogą sobie pozwolić artyści z dużymi jajami. Dzisiaj dołącza do tej elitarnej grupy Lonker See. Słucham nowej płyty i nie wątpię, że to nie ostatnia zmiana jakiej dokonuje ten zespół a jednocześnie trzeba stwierdzić, że to najlepszy moment na taki ruch; nie jest za późno, a dokonane przemeblowanie nie demoluje zespołowego wizerunku. Wszystko wskazuje na to, że a zmiana wyjdzie im tylko na zdrowie.

Zmiany, zmiany… słowo – klucz do zrozumienia tego co zespół serwuje słuchaczom. Przede wszystkim, jest w tym trochę przekory, by odbić od peletonu improwizujących alternatywistów. W dobie, kiedy każdy chce zostać jazzmanem albo (z sensem lub nie) rozciąga numery do kilkunastu minut, ekipa Bora uznała, że w tym temacie zrobili już wszystko („Lonker Seessions” czy „One Eye Sees Red”) i czas wziąć głębszy oddech. Oczywiście, charakterystyczne cechy są na miejscu i raczej nie pomylimy tego zespołu z jakimkolwiek innym, zostały jedynie przemodelowanie proporcje. W telegraficznym skrócie wygląda to tak, że dotychczasowe konie pociągowe w postaci saksofonisty Tomka Gadeckiego i perkusisty Michała Gosa usunęły się cień, co nie znaczy, że nie mają decydującego wpływu na całokształt brzmienia. Po prostu, zostali wpasowani w aranż, który jest tu nadrzędny. Uporządkowanie spowodowało, że do przodu wysunęła się gitara (takich hałasów dawno w Lonkerach nie było) i zdecydowanie więcej jest wokalnych wypowiedzi Joanny Kucharskiej. Gdzieś pojawiają się stwierdzenia, że to piosenki… faktycznie można odnieść takie wrażenie, szczególnie w momentach spokojniejszych. Ale są to raczej piosenki w znaczeniu shoegaze’owym. Czyli nadal jest szumiąco i psychodelicznie, choć w dużo bardzie, zwartych formach (uwaga: zwarta forma nie oznacza dwóch minut, nadal mamy do czynienia z dłuższymi niż standard nakazuje „pieśniami”). Kolejna sprawa to kwestie brzmieniowe. Inne, głębsze, jednocześnie dość brudne. Hałas przesunął się w inną stronę, gitara buduje momentami ścianę dźwięku, to znowu topi się w ambientowych pasażach. Lonekr to jednak starzy wyjadacze i od razu można zauważyć, że pomimo zastosowania twardszych aranżacji, w wielu miejscach zespół zostawia dla siebie tzw. koncertowe furtki, które pozwolą rozbudowywać te kompozycje w warunkach scenicznych. Ale to było raczej oczywiste.foto Paweł Jóźwiak 3

Skoro już przetrawiliśmy zmiany, czas na konkrety. Płyta jest w pewnym sensie zwodnicza, bo przyznam, że każde przesłuchanie ujawnia inne smaki, na inne rzeczy zwracam uwagę i dopiero po dłuższym kolegowaniu się z „Hamza” jestem swoich wniosków w miarę pewny. Zatem, z improwizacji szeroko pojętej przesuwamy się w stronę transu. Transu, który zawsze był w twórczości LS obecny, ale teraz zdecydowanie jest bardziej eksponowany. Ten element, czasami wyrazisty, czasami podskórny, spaja materiał, który dla własnej wygody dzielę na dwie części. Pierwsza to spokój wcielony. Dużo mówi już wprowadzenie, czyli „Infinite Garden”. Ambientowy, senny klimat, tajemnicza aura rozlewa się w głowie. Podobnie działa numer tytułowy, który jest takim rozwojowym lotem, dla mnie mógłby się ciągnąć i pół godziny, słyszę w głowie co z nim zrobią podczas koncertu. W „Put me Out” dzieje się więcej, choć ogólny klimat pozostaje shoegaze’owy, głównie za sprawą urokliwej linii wokalnej. Brawo za pięknie narastającą ścianę gitar. Intensywniej robi się za to w pozostałych numerach: począwszy od space rocka z lat 70. pod postacią „Open and Close” (brawo za bombastyczną, freejazzową końcówkę z szalejącym saksofonem), przez świdrujący gitarami i ciekawymi efektami „Gdynia 80” po niemalże noise’owy „3-4-8”, gdzie w okolicach 3 minuty pojawia się załamanie z wygrywaną na saksofonie „kołysankową” melodią. I na koniec zostawiam sobie rewelacyjny „Earth is Flat”, który opiszę krótko: Sonic Youth z szalejącym saksofonem. Miażdżący finał płyty.

Takie są odczucia na dzień dzisiejszy, choć ta płyta pięknie ewoluuje w głowie, skrywa wiele tajemnic, w jednym miejscu będąc obietnicą koncertowych szaleństw, w innym – kojącym rytuałem. Pamiętam mały znak zapytania, jaki pojawił się w mojej głowie po lekturze poprzedniego krążka, zastanawiałem się czy aby grupa nie doszła do ściany. Dzisiaj wiem, że trzymam odpowiedź w ręku. Lonker to niezwykli stratedzy; stworzyli dzieło, które mimo pozornie  uporządkowanej struktury, daje im dużo więcej możliwości niż poprzednie krążki. Jest spełnieniem i nadzieją jednocześnie. Być może trzeba poświęcić na „Hamzę” więcej czasu, ale opłaca się przez płytę wielokrotnie przeorać. Pomysły, piękne brzmienie, wyobraźnia muzyczna i w jakimś sensie wizjonerstwo. To już klasa sama w sobie.

Arek Lerch

Zdjęcie: Paweł Jóźwiak