LEE RANALDO AND THE DUST – Last Night On Earth (Matador/Sonic)

Kiedy rozpoczęła się rewolucja? Kiedy człowiek wymyślił gitarowy przetwornik. Od tego momentu trwa nieprzerwana eksploatacja jednego z najbardziej niesamowitych instrumentów, który przyczynił się do zmiany obyczajowości, jednych wpędzając do grobu, innych wynosząc na piedestał. Różne i burzliwe były losy rockowej zawieruchy, pewne jest jednak, że od czasów hendrixowych szaleństw jedynie ekipa bohatera tej recenzji, czyli Sonic Youth, zdołała pchnąć muzykę do przodu, paradoksalnie, dokonując dekonstrukcji jej tradycyjnego rozumienia. Dzisiaj nowojorski band sam znajduje się w stanie dezintegracji, na szczęście, jego rozpad nie zabił twórczej inwencji gitarzysty Lee Ranaldo, który powraca z nową formacją i niesamowicie świeżą dawką muzyki…

Pierwszego października 1970 roku na cmentarzu Greenwood pochowany został Jimi Hendrix. W ten symboliczny dzień piszemy o nowej płycie Lee Ranaldo, gitarowej podpory Sonic Youth. O tym, jaki wpływ mieli nowojorczycy na światową alternatywę przypominać nie trzeba. Wiadomo za to, że raczej przez dłuższy czas nie pojawi się nowa płyta sygnowana tą nazwą. Wprawdzie muzycy dyplomatycznie wspominają o zawieszeniu SY na czas nieokreślony, jednak rozpad (po 27 latach…) małżeństwa Thurstona Moore’a i Kim Gordon nie wróży zespołowi niczego dobrego. W tym kontekście nowo utworzony ansambl Lee Ranaldo cieszy a nagrana, debiutancka płyta wręcz rozpieprza bębenki, dostarczając muzyki, przy której zapominam, że „The Eternal” pozostanie pewnie ostatnią płytą Sonic Youth.

Lee Ranaldo and The Dust

Lee Ranaldo and The Dust

Lee to zresztą chyba najpłodniejszy muzykant z tej ekipy. „Last Night On Earth” to już dziesiąty krążek sygnowany nazwiskiem tego pana i faktycznie przy takiej muzie mogę ostatnią noc na ziemi przeżyć. Paradoksem jest to, że muzyk wyraźnie zapragnął stworzyć dość klasyczne w formie, rockowe dzieło, kładąc nacisk na melodię i piosenkowy charakter nowych kompozycji. Jeśli ktoś wątpi w komercyjne możliwości kompozycji tego pana, może się mocno zdziwić i to już na samym początku – otwierający album „Lecce, Leaving” nokautuje ultra – przebojowym refrenem, który jak nic stanie się radiowym hitem. Lee, na całe szczęście, pozostał jednak sobą, dlatego każdy nerd w okularach znajdzie tu tony gitarowego zgiełku, który będziemy jeszcze bardzo długo analizować. Słychać echa Sonic Youth w specyficznych harmoniach, jest charakterystyczna rytmika (Steve Shelley, bębniarz Sonic Youth, a jakże…) a że utwory są raczej długie, dużo w nich miejsca do zabawy nie tyle aranżacjami, co tworzeniem specyficznego, kolorowego i psychodelicznego świata, który bez reszty wciąga. Być może duża w tym zasługa dobrych kompozycji, świetnych riffów, które jako podstawa eksperymentów powodują, że mamy do czynienia jednak ze zdecydowanie bardziej tradycyjną muzyką niż na płytach wspomnianej już formacji.

Trudno w tym miejscu wymienić najlepsze utwory; na dzień dzisiejszy będą to hałaśliwy „The Rising Tide” i najdłuższy, zamykający płytę „Black Out”, który w czasie 11 minut najbardziej zbliża się do dziedzictwa Sonic Youth. Jak już wspomniałem, płyta jest dobrze skomponowaną całością, zagraną po mistrzowsku, miejscami bardzo intensywną, to znowu lekką i atmosferyczną. Wielość barw, jakie przewijają się przez krążek każe uznać „Last Night on Earth” za najlepsze, solowe (czy może zespołowe…) dzieło Ranaldo a także za jeden z bardziej znaczących, rockowych albumów tego roku. Lee Ranaldo ze znawstwem przerzucił pomost między tradycją i eksperymentem, łagodząc ten ostatni klasyką formy, dzięki czemu jeśli ktoś chce słuchać indie – piosenek – takowe usłyszy a zwolennicy gitarowych szaleństw nie będą musieli się specjalnie wysilić, by także znaleźć coś dla siebie. Być może właśnie ten aspekt „Last Night on Earth” przesądza o ponadczasowości płyty. To muzyka wielokrotnego użytku, rzecz dla odkrywców, lubujących się w szperaniu w dźwiękach. A że przy okazji można tupnąć nóżką, to przecież nic złego. Resztę pozostawiam Wam, szanowni czytelnicy, bo powyższy opis to tylko delikatna próba analizy tego dzieła bo znaleźć tu można dużo więcej, do czego z pewnością uda mi się wkrótce dotrzeć…

Nie wątpię, że wieloletnie doświadczenie stoi za sukcesem tej płyty, sukcesem, który na razie prorokuję, bo nie wyobrażam sobie, że tak dobra, ambitna i rewelacyjnie zagrana muzyka może przejść bez rozgłosu, nawet w tym współcześnie rozchełstanym, kolorowym chaosie kulturowym. Za sprawą „Last Night on Eart” Lee Ralando staje się dla mnie symbolem gitarowej rewolucji XXI wieku, jakkolwiek śmiesznie by to nie zabrzmiało…

Arek Lerch