LAM – Lam (Instant Classic)

Klarnet przez długi czas kojarzył mi się z wisielczą, paraliżującą atmosferą filmu „Róża” Wojtka Smarzowskiego. Dzisiaj powoli uwalniam się z tej obsesji i zaczynam inaczej patrzeć na ten instrument. Podobnie jak przestaję traktować Instant Classic jako wytwórnię zajmującą się hałasem. Bo najlepsze rzeczy, jakie ostatnio krakowski label wypuszcza, mieszczą się gdzieś na obrzeżach sceny jazzowej, transowej czy ogólnie rzecz ujmując  – improwizowanej.

Po swojej solowej płycie, po nagraniach z Gabą Kulką, Zimpel ukazuje się nam jako lider zespołu. Trio złożone wspólnie z perkusistą Hubertem Zemlerem i pianistą Krzysztofem Dysem (tak, basu brak) to rzecz bardzo duża, już dzisiaj nosząca znamiona płyty roku. Pozostaje tylko pytanie – w jakich kategoriach? Jazz? Za mało. Trans? Nie tylko. Improwizacja? Owszem, ale rozumiana jako obsesyjne, repetytywne drążenie pojedynczego dźwięku. Nie zmierzam bawić się w dywagacje na temat nazewnictwa, bo Lam to przykład muzyki oderwanej od wszystkiego. Wprawdzie mistrz Zimpel tłumaczy, że przywoływane są tu idee minimalistów z lat 60. i 70., ale elementem, który powinien być przedstawiony jako najważniejszy jest wspomniany już trans.LAM

Podobnie, jak w przypadku omawianej gdzieś obok płyty Sundial II, akademicka biegłość (Krzysztof Dys piastuje w sumie stanowisko wykładowcy na Poznańskiej Akademii Muzycznej…) pozwala muzykom na ograniczenie dźwięków do tych najistotniejszych. Na LAM mamy jednak do czynienia ze swego rodzaju obsesyjnym mantrowaniem. Improwizacje oparte na bazie prostych, krótkich tematów rozrastają się, by w przypadku trzeciej kompozycji sięgnąć aż 25 minut. I choć podstawa jest może nawet banalna, to już jej spiętrzanie i ewolucja są przykładem mistrzowskiego rzemiosła, pokerowej równowagi i doskonałego porozumienia między muzykami. Lam wymaga czasu. Irytująco długo się rozpędza, od pojedynczych, fortepianowych plam, głębokiego klarnetu, który kładzie swoje melancholijne frazy, wreszcie gdzieś z czeluści kompozycji wyłaniają się perkusyjne pętle, które hipnotyzują i trzymają w klamrze obrazy budowane przez Wacława i Krzysztofa. Wspomniana oszczędność pozwala wybrzmieć poszczególnym tematom i akordom, dojrzeć i doskonale ułożyć się w przestrzeni. Pomijając wspomniany trans, warto wsłuchać się w brzmienia instrumentów, bo to kolejny, bardzo ważny element płyty. To uczta dla ucha, czas na oddech i kontemplację. Za całość – z dodatkiem paru efektów specjalnych – odpowiada mooryc. Zwróćcie na to uwagę.

Przyznam, że dość długo przekonywałem się do solowej płyty Wacława – „Lines” – dzisiaj jednak uważam, że zawarte tam dźwięki (choć nagrane później niż Lam, co już jest jakimś paradoksem…) stanowią doskonałe wprowadzenie do opisywanej płyty. Sadowiąc się tuż obok maestrii trio Marcina Wasilewskiego, czerpiąc z współczesnej alternatywy i muzyki konkretnej, Zimpel z kolegami stworzyli dzieło kompletne, w swojej medytacyjnej formie doskonałe i wynoszące muzykę improwizowaną na zupełnie nową orbitę.

Arek Lerch