L.STADT – L.Story (Mystic)

„L.Story” czyli zaskoczenie. Łódzcy alt rockowcy stają się przykładem, że najlepszą inspiracją  jest przemijanie i związane z tym emocje. I choć to bardzo niepewny grunt, na którym boleśnie pośliznęło się już wiele załóg, L.Stadt wyszedł z tej trudnej konfrontacji obronną ręką, tworząc przy okazji jedną z najlepszych tegorocznych płyt, oczywiście w ocenie niżej podpisanego.

Najpierw fakty. „L.Story” to pierwsza, polskojęzyczna płyta zespołu, efekt współpracy z Konradem Dworakowskim, który napisał wszystkie teksty. Na płycie pojawia się także Wielki Chór Młodej Chorei z Łodzi, z którym zespół przygotował piosenki wykonane w ramach Koalicji Miast dla Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu. Nie uważam, że w pełni ukształtowane zespoły muszą sięgać po tzw. inspiracje zewnętrzne, jednak czasami takie przerwanie skorupy ma sens. Rozpatrując muzyczną propozycję L.Stadt nie można jednak pominąć innego, ważnego kontekstu, mianowicie śmierci bliskiej osoby, co stało się głównym bodźcem do stworzenia tej przejmującej wypowiedzi. Lider zespołu, Łukasz Lach tak wprowadzał w klimat płyty: Na moich oczach gasła najbliższa mi osoba, i odbicie tego czasu znajdowałem w tekstach Konrada. Patrzyłem na moje miasto, które dumnie trwało w czasie kiedy mój osobisty świat kruszał.  Przyznam, że kiedy przeczytałem notkę prasową dotyczącą „L.Story”, miałem złe przeczucia. W tym miejscu muszę się odwołać do Nicka Cave i wydanej w ubiegłym roku płyty „Skeleton Tree”; dotychczasowe dokonania L.Stadt to doskonała, różnobarwna, indie rockowa mieszanka, która nijak pasowała mi do poważnego czy nieco żałobnego klimatu. Mówiąc wprost – bałem się, że Lach z kolegami, walcząc z traumą, stworzą dzieło równie nieprzystępne i będące co najwyżej dokumentalnym zapisem życiowej tragedii. Stało się jednak inaczej.L.S

O ile bowiem wspomniany „Skeleton Tree” jest materiałem, który pomimo usilnych prób nadal pozostaje dla mnie niestrawny (o czym donoszę ze smutkiem), o tyle płyta „L.Story” z podobnym w sumie założeniem po krótkim dostrojeniu całkowicie mnie wciągnęła. W zasadzie L.Stadt nie zmienił specjalnie środków wyrazu (choć trudno porównywać „L.Story” do chociażby opisywanego na naszych łamach „You Gotta Move”), co najwyżej używa ich dzisiaj w inny sposób, z dużo większą rozwagą, ciekawie planując aranże. Jest na pewno prościej; muzyka, konglomerat syntetyki, oszczędnej perkusji i gitarowych plam, stanowi jedynie podbudowę. Nowym elementem na pewno jest chór i dużo większa doza swoistego patosu, czy  – i tu użyję straszliwego słowa – „poetyckości”, co lekko popycha nas w stronę najważniejszego elementu płyty, czyli tzw. przekazu. Zastanawiam się, czy ktoś przyczepi się do faktu, że osobiste przeżycia zespół personifikuje za pomocą cudzych słów, jednak ich dobór, interpretacja i nasycenie emocjonalne robią niesamowite wrażenie. „Strumień świadomości”, „Oczy kamienic” czy „Halo” to przejmująca próba zracjonalizowania traumy związanej z przemijaniem. Za słowami podąża melodyka; owszem, zdaję sobie sprawę, że podniosły klimat czy nawet pewna „stadionowość” tych refrenów mogą wydawać się lekko przesadzone, ale w połączeniu z dźwiękami i przekazem, tworzą zwartą, monumentalną wręcz całość. Z drugiej strony, trudno traktować płytę jak produkt czysto rozrywkowy i w tym kontekście zastanawiam się, jak zespół zamierza promować ten materiał, bo nie wyobrażam sobie, że za każdym razem uda się na scenie wykrzesać takie same emocje. A bez nich chyba nie da się tej muzyki prezentować. Mimo pewnych obaw czy znaków zapytania, z pełną świadomością komunikuję, że L.Stadt stworzył swoje najlepsze dzieło w dotychczasowej karierze.

Arek Lerch

Zdjęcie: Albert Pabijanek