KRISTEN – Las (Instant Classic)

Imponująca jest droga, jaką ta ekipa pokonała od typowo gitarowego hałasu do dzisiejszej, nieokreślonej formy. Po drodze zespoły powstawały, padały, szukały swojego ja, komercjalizowały się albo wpadały w radykalizm. A Kristen sobie gra, gra i ciągle buduje własną jakość. Dzisiaj jakość zwie się „Las” i jest być może najciekawszym wydarzeniem w ich karierze. Piszę „być może”, bo jak znam życie, ten zespół jeszcze nie raz nas zaskoczy.

Już przy okazji The Secret Map wyraziłem opinię, że po Kristen możemy się spodziewać samych dobrych rzeczy. Okazałem się być prorokiem, choć to wcale nie takie trudne. Zespół na stałe przytulił do składu Maćka Bączyka z Robotobiboka i pogrążył się w prawdziwym, niczym nie ograniczonym transie. Ba, w zasadzie można stwierdzić, że stał się czymś w rodzaju ambasadora tego stanu, proponując utwory skonstruowane na zasadzie mantry, która powtarzana przez długie minuty wprawa człowieka – słuchacza w przyjemne odrętwienie. Jednocześnie z dzisiejszego punktu widzenia muszę przyznać, że „The Secret Map” była jedynie czymś w rodzaju przygrywki, próby testowania różnych możliwości. A że najbardziej spodobało się muzykom „Endless Happiness” poszli jeszcze dalej w tym kierunku i wygrali.14102575_1377933942235346_4977916401548157909_n

Ważne jest przy tym to, że trans w wydaniu Kristen absolutnie nie oznacza monotonii czy nudy. Jasne, zespół z nową produkcją mieści się gdzieś pomiędzy ostatnim, medytacyjnym Lotto, zgiełkiem Alamedy 5 i produkcjami jazzowymi, jednak znajduje w tym wszystkim bardzo fajny, rytmiczny a przede wszystkim własny, kontekst. Muzyka faktycznie bazuje głównie na zabawie z brzmieniami i rytmicznymi zawijasami, ale z drugiej strony wydaje się być mniej zwarta i jednoznaczna. I to jest dość ciekawym zjawiskiem, bo w pierwszym kontakcie z płytą można wpaść w konsternację: czujemy się faktycznie jak w lesie, w dodatku w nocy: pełno dźwięków a my nie wiemy skąd i dlaczego. Szczególnie „Wyspa” zaskakuje doskonale narastającym napięciem; w zasadzie utwór powinien nosić tytuł „Miasto” albo jeszcze lepiej – „Targowisko”. W sumie to chyba najbardziej odjechany, czy wręcz awangardowy fragment płyty, ładnie zagęszczający aranż aż do zgiełkliwego finału. Największym atutem „Lasu” jest umiejętność dogłębnego wykorzystania każdego elementu układanki. Dopiero po dłuższym kontakcie z płytą odkrywamy, że tak na prawdę wszystko kreci się wokół kilku obsesyjnie obrabianych dźwięków. Nagle okazuje się, że wcale nie ma tłoku, nie ma jarmarku, ale medytacja, smakowanie. Dużo w tym improwizacji, ale rozumianej jako powtarzanie tematów, rozwijanie bazy i obudowywanie jej dodatkowymi brzmieniami. Czasami bardzo prostymi, ale po połączeniu w całość, powstaje niezła, dźwiękowa piramida. Zaskoczeniem może być mały ukłon w stronę noise (fragmenty „Amra”), mistrzowska aranżację mają „Tony”, gdzie zespół rozbudowuje niemal progresywnie kompozycję, ale prawdziwą ucztę zespół zostawia na koniec. Utwór tytułowy to majstersztyk a w wykonaniu Kristen nabiera cech jakiegoś pogańskiego rytuału, wciąga i zmusza od opętańczych podrygów. Nie chcę psuć niespodzianki – dość powiedzieć, że jeśli ktoś chciałby stworzyć wzorzec transu w muzyce, „Las” mógłby być dobrym narzędziem dydaktycznym.

Kristen w życiowej formie. Bez pudła. Słuchać i podziwiać…

Arek Lerch