KRIEGSMASCHINE – Apocalypticists (No Solace)

21 października, w dniu wyborów, w czasie, gdy większość Polaków ekscytowała się tym, czy teraz rządzić będą nasi czy tamci, ja z rozdziawioną mordą słuchałem „Apocalypticists”. Kriegsmaschine, tak jak cztery lata temu, znów uderzyła niespodziewanie i ponownie porozstawiała konkurencję po kątach. Bez zapowiedzi, bez „szokujących” sesji zdjęciowych, bez wypuszczania chrupek dla psów w kształcie krzyża, a i tak sprawiając, że co drugi post na mojej tablicy jest o Kriegsmaschine. Dziś, gdy wyniki wyborów są już od dawna znane i oprócz samych zainteresowanych przestały być tematem numer jeden, ja z rozdziawioną mordą wciąż słucham „Apocalypticists”.

„Apocalypticists” przyciąga uwagę już pierwszym, cholernie chwytliwym riffem otwierającym „Residual Blight”. I gdy zaczynasz sobie myśleć, że cały album będzie równie rozhasany i transowy, dość szybko okazuje się, że M. z kolegami mają na ten krążek zupełnie inny pomysł. Podobnie jak „Enemy of Man”, nowy materiał to muzyka niełatwa i wymagająca, która – choć intrygująca od samego początku – znów zawładnęła mną tak naprawdę dopiero po kilku uważnych przesłuchaniach. Bynajmniej nie chodzi o jakąś niespotykaną złożoność „Apocalypticists”, co o jej zrozumienie i docenienie ogólnego zamysłu. Zacznijmy może od walorów stricte technicznych – po raz kolejny to, co za bębnami wyprawia Darkside, to jakiś absolut. Podobnie jak przy „Enemy of Man”, znów mam wrażenie, że gość gra nieustanne solo perkusyjne. Aranżacja bębnów jest kapitalna, fenomenalny jest też sposób, w jaki Darkside żongluje dynamiką, zwłaszcza, że „Apocalypticists” nie należy do szczególnie szybkich płyt. Dominują średnie czy wręcz wolne tempa, chwilami wręcz stricte doom metalowe (zwłaszcza w „Lost in Liminal” czy „The Other Death”), a mimo to Darkside bez problemu nadaje tym utworom swoistej energii. Świetnie brzmią też gitary, jak zwykle niepokojące, dość transowe i na swój sposób nieprzyjemne. O ile jednak na „Enemy of Man” w aranżacjach gitar było coś drażniącego i przykuwającego uwagę, tak teraz odnoszę wrażenie, że są one bardziej płynne. Mniej też w tej muzyce szaleństwa – zwłaszcza w porównaniu do „Transfigurations” – więcej natomiast poczucia beznadziei i pustki. Przyznam szczerze, że dawno – o ile w ogóle – nie słyszałem płyty, która byłaby bardziej pusta emocjonalnie, bardziej odhumanizowana. Co prawda podobnie twierdziłem w przypadku poprzedniego krążka KSM, jednak teraz to wrażenie jest jeszcze bardziej odczuwalne. Jeśli „Apocalypticists” gdzieś prowadzi, to prosto w przepaść.KSM

Długo myślałem nad ostatnimi słowami tej recenzji. Mógłbym po prostu napisać, że to najlepszy tegoroczny black metal. Mógłbym, tak jak ci niektórzy odważniejsi, dodać, że w sumie to nawet i kilku ostatnich lat. Tyle, że przeglądając opinie wśród internautów, z takimi wyrokami spotykam się w co drugim komentarzu – oczywiście na zmianę z tymi, że bębny miazga, a Darkside to nadczłowiek. Powiem więc tylko, że za każdym razem, gdy wybrzmiewają ostatnie dźwięki „On the Essence of Transformation”, czuję się jak wydmuszka. Mam wrażenie, że wszystkie emocje ze mnie uleciały, zostawiając tylko czarną pustkę. „Apocalypticists” to nieprawdopodobnie ekstremalna muzyka, przy czym jej ekstremalność przejawia się nie w milionach blastów i trudnej do zniesienia intensywności, lecz w ładunku emocjonalnym, a właściwie to w jego braku. Nowy album Kriegsmaschine brzmi po prostu, jakby nagrali go ludzie, którym jest wszystko, by innym też było wszystko jedno.

Michał Fryga