KIEV OFFICE –  Nordowi Môl (Halo Kultura)

W sumie, to pojawienie się tej płyty było zaskoczeniem. Po odejściu Joanny Kucharskiej (bas, Lonker See) i przekrojowej koncertówce („Alarm dla Gdyni”) spodziewałem się raczej dłuższej ciszy. A tu buch! I jest nowa, ładnie opakowana i jak zwykle kłaniająca się nadmorsko – trójmiejskim klimatom płyta. Być może aktualnie jednego z lepszych, indie/rockowo/post punkowych składów z 3M. W każdym razie, dobra premiera na początek roku.

Co zwraca moją uwagę już na początku – po nieco paczłorkowej, punkowej może nawet okładce „Modernistycznego horroru”, nowa płyta opakowana jest w wymuskany, symboliczny obrazek, zresztą cały layout jest świetnie przygotowany. To od razu ustawia jakoś tam poprzeczkę i faktycznie, będzie to chyba moja ulubiona płyta Kiev Office na ten moment. Należy sobie zatem zadać pytanie: dlaczego tak jest? Wskazałbym tu jednak na pewien oddech po zmianach a z drugiej strony fakt, że wszystko odbyło się bardzo łagodnie, w zasadzie w przyjacielskich okolicznościach co na pewno nie zepsuło klimatu wokół zespołu. I w takich warunkach dobrze tworzy się dzieła stabilne, zamknięte i w pewnym sensie mądre. Kontekst fascynacji Polską północną i Kaszubami jest tu istotny, odbija się nie tylko na tekstach, ale także muzyce (wykorzystanie tradycyjnych tematów) i nadaje płycie głębszy, bardziej ponadczasowy wymiar. Oczywiście, najważniejsza jest muzyka a ta także dostała wiatru w żagle. Przede wszystkim przez większą polaryzację między numerami. Kiev Office nagrał płytę bardzo konkretną, zróżnicowaną, bez niepotrzebnych dłużyzn. Siedem utworów to siedem rozdziałów tej opowieści, każdy w innym klimacie i kolorze.KO

Całość rusza od wałka tytułowego, który jeszcze od biedy można porównać chociażby z fragmentami innej płyty Kiev Office „Statek Matka”. Fajny i melodyjny utwór, który dobrze, a przynajmniej łagodnie wprowadza do zespołowego świata. Potem zaczyna się prawdziwa zawierucha za sprawą „Szkwału”, który zgodnie z tytułem zmiata słuchacza noise’ową lutą. Tak brutalnie zespół chyba jeszcze nie brzmiał, zresztą, także w kończącym „Dominium” mamy niemal metalowe przyłożenie, przełamane świetnymi, nieco eksperymentalnymi gitarami. Te utwory stanowią klamrę, oczyszczenie, pozwalające triu na swobodną zabawę ze swoją muzyką. No i bawią się. A to tradycyjną pieśnią rybacką „Rëbôczczi”, świetnie zinterpretowaną przez Julię Szczypior, to znowu aranżacjami (dziesięciominutowa „Abrazja” to pokaz mistrzowskiego operowania aranżem i przykład, że monotonia może być hipnotyzująca). Jest w zestawie punkowy „Reformator” i transowo – psychodeliczna „Kontrreformacja”. Trudno w kilku zdaniach opisać te utwory, bo każde przesłuchanie ujawnia jakieś nowe niuanse. Trzeba przyznać, że to doskonały przykład na żywotność i wszechstronność starego dobrego, alternatywnego rocka. Dzieło dopracowane, zrobione z potrzeby przekazania konkretnych treści, z miłości do swojego miejsca na ziemi. I te emocje słuchać nawet tam, gdzie zimna, morska bryza smaga nam twarz.

Lubię płyty kompletne, takie, które dają coś więcej niż odrobinę adrenaliny i dobrą zabawę. „Nordovi Môl” to album mądry i ważny, ale w takim zwyczajnym wymiarze, bez zadęcia i grafomanii. Prorokuję, że zostanie z nami na dłużej.

Arek Lerch