KHORADA – Salt (Prophecy Prod.)

Agalloch zawsze budzili skrajne emocje. W pewnych środowiskach to przecież nazwa brana za niemal kultową, widziana – obok Alcest i kilku innych – grupą, która nadała muzyce metalowej nowego charakteru i odegrała znaczącą rolę w renesansie tejże po marazmie lat 90., stawiając jednocześnie podstawy dla całego podgatunku. Dla innych: synonim post-blackowego nudziarstwa i schematycznego grania kontrastami, a przy tym zespół, który otworzył drzwi do popularności wszystkim tym kapelom w porozciąganych swetrach, w oczach wielu jawiących się prawdziwą sceniczną plagą ostatnich lat. Kto polaryzował opinie za życia, z dużym prawdopodobieństwem będzie to robić i po śmierci; informacja o rozwiązaniu grupy siłą rzeczy wygenerowała więc naprawdę poważny szum. Wiele oczu z zaintrygowaniem przypatrywało się też debiutowi Pillorian, natomiast dzisiaj do głosu dochodzi Khorada – drugi z projektów powstałych na zgliszczach Agalloch.

I tak, jak Pillorian, czyli nowy zespół wokalisty Agalloch, Johna Haughma, stanowi przedłużenie ewolucji grupy macierzystej w niemal prostej linii, tak Khorada ma wszystko, by ponownie dzielić i polaryzować, słowem: pretendować do miana zjawiska. Haughm dobrze wiedział, co robi – w pewnym sensie poszedł za ciosem, bo „Obsidian Arc” ukazało się w ledwie kilka miesięcy po rozwiązaniu Agalloch, w naturalny sposób wypełniając na scenie pewną lukę. Czy ma szansę na osiągnięcie statusu poprzedniej kapeli? Najpewniej nie. To jednak co najmniej solidne rzemiosło, będące zarazem dostarczycielem dość bezpiecznej rozrywki, bo – jak już wspomniałem – Pillorian nie zbacza raczej ze ścieżki wytyczonej przez nagrania Agalloch. Słuchacz jest w stu procentach świadom tego, co może otrzymać, i w pełni się na taki układ godzi. Inaczej sprawa ma się z Khorada – tutaj można było spodziewać się niespodziewanego, i… w rzeczy samej, jest to płyta dzika, bardzo nieuporządkowana, w pewnym tylko stopniu metalowa.

„Inność” tego debiutu odbija się nawet w jego okładce, i, chociaż zazwyczaj jestem daleki zlewaniu tych dwóch warstw – graficznej i dźwiękowej – w jedno, w przypadku „Salt” takie działanie ma swoje uzasadnienie. Ten obraz to jest przede wszystkim manifest, deklaracja, trochę odcięcie się od przeszłości. Sami muzycy przyznawali, że subkulturowy zestaw skojarzeń zaczął ich trochę przytłaczać; w zasadzie mimowolnie stał się symbolem ograniczenia w warstwie muzycznej. Ostatnie krążki Agalloch były bowiem obrazem siłowania się z gatunkowymi więzami, które w żaden sposób nie chciały puścić. To zawsze interesujący – i przykry zarazem – widok, gdy zespół, który coś, gdzieś, kiedyś wymyślił, przecierając szlaki licznym naśladowcom, zaczyna połykać własny ogon. „Salt” to jednak coś więcej, niż desperackie ucięcie pępowiny i bieg na ślepo, byle dalej od schematów. To znaczy – podejrzewam, że niektórzy mogą tak ten album odebrać, to w końcu rzecz bardzo wyzwolona artystycznie, niedookreślona, przestrzenna, odrzucająca granie na kontrastach. Z drugiej strony, odnoszę wrażenie, że w tym szaleństwie jest metoda, a „Salt” to nie eksperyment dla eksperymentu, lecz naprawdę dobrze przemyślany debiut.KHORADA_promo 1_by Cody Keto

Bo też próżno szukać tutaj grania pod publiczkę, efektownego odcięcia się od korzeni. „Salt” przynosi przede wszystkim odejście od przewidywalnych schematów i ram, które zaczynały być nie do zniesienia, co nie zmienia faktu, że metalowe środki wyrazu pozostają jedną z głównych składowych krążka. Podobnie, jak post-metalowe uniesienie i uczucie w głosie Aarona Johna Gregory’ego (ex- Giant Squid). Brzmienie Khorada nie jest, co prawda, wypadkową stylów grup macierzystych, ale ich echa pobrzmiewają na „Salt” bardzo wyraźnie. Samo zetknięcie dwóch różnych, muzycznych światów gwarantuje pewien dysonans, i faktycznie – sporo tu balansowania na granicy fałszu, chociaż mam wrażenie, że jest to balansowanie kontrolowane. Taki piękny chaos. No, a poza tym – sporo grania ciszą i gubienia tropów. Postrzegam „Salt” jako jedną, nierozerwalną całość, bo też wszystko jest tu bardzo rozmyte, granice zatarte, a jeden utwór może posiadać kilka początków i końców. Rzecz do wielokrotnego smakowania, wymagająca, a jednocześnie… nie artystowska i nie pusta, bo chowa w sobie całe multum emocji. Takich zjawisk i wydarzeń potrzebuje dzisiaj scena.

Adam Gościniak