KEN MODE – Entrench (Season Of Mist)

Współczesny hałas ma wielu ambasadorów, tkwiących po samą szyję w latach 90 – tych. I właśnie te zespoły, mozolnie przerzucające kładkę między tym, mitycznym dla wielu okresem a czasami obecnymi, stanowią awangardę – paradoksalnie – dzisiejszej, poszukującej sceny ekstremalnej. I nie ma w tym nic zdrożnego ani dziwnego, że pomysły ukształtowane w tamtej dekadzie, dzisiaj, po przełożeniu na współczesne brzmienie i sposób szarpania strun, potrafią rozwalić łeb. Tak jak „Entrench”.

 

Kanadyjski KEN mode zaintrygował mnie płytą „Mennonite” a kupił ostatecznie krążkiem „Venerable„. Nowa płyta, tym razem dla francuskiego labela, jest logiczną kontynuacją tamtych poszukiwań i choć wydawać by się mogło, że zespół niczego nowego nie proponuje, to jednak „Entrench” zabija każdym dźwiękiem i powoduje, że przyjmuję go bezkrytycznie. Bo też i na razie nie doszukałem się na tej płycie niczego słabego, niedopracowanego i niepotrzebnego. „Entrench” to esencja, przede wszystkim za sprawą niesamowitego, drewnianego brzmienia, które najlepiej nazwać wulgarnym analogiem. Dzięki temu muzyka oczyszczona zastała z naleciałości zmetalizowanego hardcore’a, które delikatnie doskKEN modewierały mi na poprzedniczce. KEN mode pozbywa się sukcesywnie wszystkiego, co może kojarzyć ich z dzisiejszą ekstremą i jednocześnie cały czas bacznie przygląda się przeszłości. Można bez problemu odkryć fascynację gitarzysty J. Matthewsona stylem Duane Denisona („No I’m In Control”) czy wokalne podobieństwa do Davida Yow („The Terror Pulse”). To jednak nic nie znaczy, bo zespół wirtuozersko stapia te starsze elementy z nowszymi. Do tych ostatnich należy zaliczyć pojawiające się tu i ówdzie poszukiwania na terenie math rockowym; miejscami prowadzą one aż do Dillinger Escape Plan („Your Heatrwarming Story Make Me Sick”, „The Promises of God” czy „Secret Vasectomy”) i to jest jedyne ogniwo łączące teraźniejszość z przeszłością. Umiejętne korzystanie z rozwiązań The Jesus Lizard jest dla mnie największym atutem Kanadyjczyków, bo nawet w tych najbardziej oczywistych fragmentach robią muzykę po swojemu, przez co przenigdy nie nazwę ich plagiatorami. Choć czasami mam wrażenie, że gdyby Yow z kolegami usłyszeli taki np. „Figure Your Life Out”, mogliby poczuć się nieswojo. Dlaczego? Bo kawałek, swoją drogą doskonały, brzmi jak jakiś pieprzony odrzut z „Liar”. KEN mode doskonale wykorzystuje narzędzia jakie dostaje do dyspozycji. Robi to po swojemu, dysponując w sumie nieograniczonymi możliwościami, bo i sama stylistyka rzeczonych granic nie narzuca. Te, które były wyznaczone dawno temu, zostały złamane a wręcz współcześnie mogą – poprzez ponowne ich odkrycie – stać się czymś zaskakująco nowatorskim. Pozostał kanon, traktowany swobodnie, choć z szacunkiem, dzięki któremu nie mamy do czynienia z karykaturą, ale świetną, bardzo inteligentną muzyką. Płytę kończy sześciominutowy, akustyczno – elektroniczny „Monomyth”, pięknie żegnający nas po 43 minutach chłosty.

KEN mode jest dla mnie odpowiedzią na pytanie, dokąd zmierza ekstremalna muzyka gitarowa. Odpowiedzią, która, stety lub niestety, sugeruje całkowitą rezygnację z metalowych a nawet hardcore’owych form artykulacji. Dzięki temu KEN mode, operując bardzo gwałtownymi środkami wyrazu (w końcu „noise” zobowiązuje), unika siermięgi  typowej dla długowłosych piewców szatana i propagatorów zieleniny. Może to brutalne, bo i tam jest sporo zespołów mających coś do powiedzenia, jednak to właśnie „Entrench” pokazuje, jak powinno się łoić dupska a przy okazji tworzyć zwyczajnie frapujące, wielowymiarowe dźwięki. Jak zwykle rewelacja i pierwszy chyba pretendent do płyty roku.

Arek Lerch