KEN MODE – Venerable (Profound Lore)

Niedawno znajomy zadał mi dość trudne pytanie – cóż to takiego ten noise rock? Z czym to się je i jak można słuchać muzyki, która za główny składnik ma niezjadliwy dysonans, zgrzyt zamiast riffu i obłąkany wrzask zamiast śpiewu? Cóż, trudno na takie pytanie odpowiedzieć, bo to coś, miłość do tej muzyki rośnie w człowieku i raczej rzadko eksploduje, tak, by wszyscy ją widzieli.

Dzieje się tak jedynie w przypadku, kiedy pojawia się płyta, wzbudzająca zupełnie skrajne, nieracjonalne reakcje, zmuszająca do rzucenia wszystkiego w diabły, zmieniająca obraz świata. Przynajmniej tego muzycznego. Od zawsze deklarowałem się jako maniakalny zwolennik formacji The Jesus Lizard, będącej ucieleśnieniem noise idealnego. Zawsze też ubolewałem, że współcześnie, oprócz kilku lepszych bądź gorszych naśladowców, nie ma choć jednego zespołu, który zamiast podrabiać, twórczo zinterpretowałby dziedzictwo chicagowskiego podziemia. Już nie muszę ubolewać. Mam KEN mode i  „Venerable”, najnowszą płytę kanadyjskiej formacji. Płytę, która w genialny sposób rozwija to, co pojawiło się na takich krążkach jak „Goat” czy „Liar”. Sięga do początków lat 90 – tych, wykorzystuje jakże miłe dla ucha patenty, a jednocześnie robi to zupełnie po swojemu, brzmiąc tak, że nie ma wątpliwości, że to zespół działający tu i teraz. To właśnie owa intensywność, masywne brzmienie, eksponujące tłusty, gitarowy riff w niemal metalowej tradycji w zdeKENrzeniu z rozwiązaniami sprzed dwóch dekad tworzy nową jakość. Jakość, którą szczególnie drobne niuanse, smaczki, zagrywki przemykające pod potężnym riffem czynią tak nowatorską, choć jednocześnie dziwnie znajomą…

Cała płyta to jedno wielkie eldorado pomysłów, kopalnia kompozycji genialnych w swojej esencji. Najbliżej Jaszczurek sadowi się „A Wicked Pike”, wpadający w zakręcony trans czy połamaniec „Mako Shark”. Zespół nie zapomina, że gra swoją muzykę w XXI wieku, stąd też zapewne nawiązania do współczesnych pierwców sludge’owego brudu w „Flight of the Echo Hawk” czy post rocka  w „Terrify the Animals”. Jest i ukłon w stronę hardcore („The Ugliest Happy Ever Seen”), jednak prawdziwie magicznie robi się, kiedy zespół zapada się w głąb sonicznych otchłani za sprawą chociażby genialnego, ośmiominutowego „Newer Was”, a tuż za nim goni „The Irate Jumbuck”. Zaiste, takiego dołowania nie powstydziliby się i Neurosis i Cult of Luna, choć charakterystyczne stop – go gitary, kojarzyć się także może z późnym Fugazi. Wymienianie wszystkich pomysłów rytmicznych, zagęszczania aranżacji, ciekawego rozplanowania pracy gitar, łączenia typowego noise z gęstą, kostkowaną, metalową gitarą, komplementowanie wywalającego trzewia basu, to tylko jedno zdanie, które nie jest w stanie oddać rasy tej muzyki.

Najfajniejsze dla mnie jest jednak to, że przy tych wszystkich eksperymentach, pewnych zakamuflowanych kliszach gatunkowych, KEN mode ubrał swoją muzykę w potężne, rockowe szaty, dzięki czemu nawet nie znający fundamentów gatunku fan zwykłego, rockowo – metalowego napieprzania znajdzie tu coś dla siebie. I ta właśnie uniwersalność muzyki na „Venerable” powoduje, że mamy do czynienia z dziełem skończonym i absolutnie ponadczasowym.

Z całego serca polecam każdemu maniakowi dobrej, gitarowej ekstremy. Może dzięki tej płycie sięgnie on do klasyków gatunku? Akurat w tym przypadku taka muzyczna archeologia jest jak najbardziej na czasie…

Arek Lerch