KATIE CAULFIELD – Tańce Ludowe (Trzy Szóstki)

Nowa płyta Katie Caulfield pojawiła się w zasadzie bez jakiegokolwiek echa, co uznaję za kolejny paradoks krajowego niezalu i w takim kontekście nie dziwię się, że chłopaki przebąkują coś o zakończeniu działalności. Nie stać nas na takie straty, ale ileż można grać dla 20 osób? Ci jednak, którzy postanowią zapoznać się z „Tańcami Ludowymi”, dostaną do rąk dzieło zdecydowanie wystające ponad krajową przeciętną.

Przy okazji „Mutual Dreaming” stwierdziłem, że muzyka KC jest cokolwiek proroczą wizją i dzisiaj z niejaką satysfakcją uznaję, że chyba miałem rację, bo kierunek w jakim udaje się zespół na swojej nowej płycie, znowu w jakimś sensie kontruje krajowy niezal, rozwijając wątki improwizowane, a jednocześnie sięgając do nowych miejsc, flirtując z tematami ludowymi, choć jest to raczej czerpanie z pewnego kontekstu, otwieranie się na ten naturalizm, na pewną filozofię i szukanie słowiańskiego ducha. Oczywiście, w odróżnieniu od EABS, którzy rzeczonego ducha szukają w nabożnym skupieniu, błądząc zamglonymi polami, Katie pozostaje zwierzęciem miejskim, przedkładając uliczny hałas i zgiełk klubów nad zapach porannej łąki.KC

I ten hałas jest kluczem do całego konceptu… W ostatnich czasach nasiliło się w tzw. wierchuszce branży pytanie o sens i ewentualną przyszłość niezależnej muzyki gitarowej. Jej naturalny matecznik, czyli scena alternatywna, z jednej strony puchnie a z drugiej frustruje się brakiem zainteresowania przekładającego się na sprzedaż. Efektem jest z jednej strony naturalny powrót pewnych środowisk do potężnego bastionu sceny metalowej, który gwarantuje przetrwanie w czasach niepewnych, zaś ci co jednak chcą zobaczyć przyszłość gitarowego niezalu, zmagają się z niełatwą sytuacją na rynku. A przecież na pytanie o przyszłość hałasu, mam gotową odpowiedź – posłuchajcie chociażby Black Midi czy Girl Band, bo nadal można coś wycisnąć z tego poletka. Także u nas, bo obok nowej płyty Jesieni, obok intrygujących Noży i nadal sprawnych weteranów, pojawia się trzecia płyta Katie Caulfield, która także utwierdza mnie w przekonaniu, że się da. Zespół kontynuuje wątki z „Mutual Dreaming”, ale robi to z dużym wyczuciem. Zaczyna wszystko od „Bujaka”, brzmiącego jak idealna fuzja noise’a i free jazzu. Zamierzony chaos tej kompozycji ustępuje miejsca ukłonowi w stronę shoegaze w „Pyrricka” i „Pstrokotka”, jednej najspokojniejszych kompozycji w historii zespołu; w zasadzie jest to sama gitara i świetne partie wokalne (nawiązujące chyba do tytułowej ludowszczyzny…). Osobistym faworytem jest jednak „Wycieraniec” – wszystko zaczyna się od łamańców po linii Sonic Youth, by w 9 minucie skręcić w rejony improwizowanego ambientu. Lekkość i swoboda, z jaką zespół łączy skrajne stylistyki jest odświeżająca. Podobnie brzmi „Ciszak” (tak, tak, znamy), będący transikiem połączonym z elementami improwizacji.

Jasne, impro na alternatywnej scenie jest obecny od lat i niektórzy zaczynają już kręcić nosem. Jasne, noise powrócił i jasne, że pewna doza arogancji jest także obecna. Nowością w tym przypadku jest jakość muzyki a także sposób podejścia do dźwięku. Może nie tak radykalny jak wspomniany Girl Band a jednak posuwający gitarową alternatywę do przodu. Otwarte pozostaje pytanie, czy faktycznie mam rację, czy za kilka lat obudzę się na alternatywnym cmentarzu.

Arek Lerch